Późną jesienią 1985 roku w zmaganiach o ostatnie bilety na meksykański mundial z europejskich drużyn pozostały na placu boju już tylko Belgia, Holandia i Szkocja. Szkoci musieli uporać się w barażu z mistrzem Oceanii – Australią, obie ekipy z Beneluksu zaś stanęły do pełnej podtekstów rywalizacji między sobą.
Pomarańczowi kontra Czerwone Diabły. Dla jednych i drugich stawką oprócz przepustek do Meksyku był przywilej patrzenia na odwiecznych rywali z góry. Dla Holendrów ewentualny sukces oznaczałby też wyrwanie się z impasu. Inaczej bowiem niż to bywało w przeszłości spadkobiercy oszałamiającego futbolu totalnego, który święcił tryumfy w latach 70-tych, nie przystępowali do starcia z sąsiadami w roli faworytów. Nie było ich ani na mundialu w Hiszpanii, ani podczas EURO 84 we Francji. W połowie tamtej dekady tkwili w okresie przejściowym. Stare już przeminęło, a nowe jeszcze nie nadeszło. I choć wszyscy, którzy wkrótce mieli decydować o sile ekipy Oranje, a więc Gullit, Koeman, Rijkaard czy Van Basten szturmem brali właśnie pierwszy skład lub się do niego dobijali, to jednak nie zdążyli jeszcze piłkarsko okrzepnąć. Belgowie zaś zmontowali piekielnie silną kadrę. Z Pfaffem, Geretsem, Ceulemansem i Scifo na czele. I jak się miało ostatecznie okazać to oni wyszli z tej rywalizacji zwycięsko. O losach awansu, które ważyły się do ostatniej chwili, co szczegółowo opisaliśmy tutaj, przesądził gol zdobyty w końcówce spotkania rewanżowego w Rotterdamie. Gdy rozentuzjazmowane pomarańczowe trybuny już fetowały sukces.
Holendrzy powinni być wdzięczni losowi, że w ogóle się do owego barażu załapali. I nie pogrzebali swych szans wcześniej. A raczej nie losowi, tylko dwóm ludziom, którzy wyciągnęli drużynę z dołka, kiedy jej nie szło i potrzebowała nowego impulsu. Mimo, że obaj na starcie byli z różnych przyczyn niewiadomą. Pierwszy z nich – szybko pnący się w górę Leo Beenhakker, dla którego przepustką do selekcjonerskiej nominacji było kilka sezonów spędzone na ławce Ajaxu i Realu Saragossa – przejął stery w kadrze w trakcie nie układających się po myśli Oranje eliminacji z rąk legendarnego Rinusa Michelsa po tym jak u wielkiego poprzednika zdiagnozowano poważne problemy kardiologiczne. I z miejsca udało mu się poprawić wyniki. Choć należy odnotować, że Michels podczas swej drugiej z czterech kadencji na posadzie trenera reprezentacji prowadził ją przez zaledwie 39 dni (a w jego dorobku tak naprawdę liczą się pierwsza i trzecia spięte klamrami „cudownych lat” 1974 i 88). Jeszcze wcześniej fatalny start rywalizacji o bilety do Meksyku zanotował Kees Rijvers. Drugim z „ratowników” był zaś młody obiecujący lewoskrzydłowy Rob de Wit. To on ciągnął drużynę za uszy w barażu przeciwko Belgom (w meczu rewanżowym notując gola i asystę), wcześniej zaś sprawił, że Holandia w ogóle się do niego dostała strzelając kluczową w ogólnym rozrachunku bramkę Węgrom. Po pięknej indywidualnej akcji.
Węgrzy byli już wówczas poza zasięgiem pozostałych drużyn w grupie. Holendrzy walczyli o zajęcie drugiego miejsca z Austrią. Zwycięski gol zdobyty przez de Wita w Budapeszcie uratował im skórę. Dość powiedzieć, że na starcie eliminacji Pomarańczowi ponieśli porażki z oboma bezpośrednimi rywalami do awansu. Najpierw przegrali u siebie z Węgrami, a następnie – już pod wodzą Michelsa – dali się pokonać Austriakom w Wiedniu. Po dwóch spotkaniach nie mieli więc na koncie ani jednego punktu. Ów fatalny początek doprowadził ich na skraj przepaści. Wymęczone wkrótce skromne 1-0 na Cyprze nikogo nie uspokoiło, mimo, że był to już na tym etapie mecz o wszystko. I dopiero zastąpienie Michelsa Beenhakkerem przywróciło Holendrom nadzieję. W debiucie nowego selekcjonera jego podopieczni przejechali się po Cypryjczykach siedem do jednego, choć to rywale szybko objęli sensacyjne prowadzenie. Potem przyszedł rozczarowujący domowy remis z Austrią. I wreszcie wspomniana wiktoria w Budapeszcie po bramce de Wita, która nadal – mimo wielu odniesionych na przestrzeni lat przez Pomarańczowych efektownych zwycięstw – zajmuje w pamięci kibiców szczególne miejsce. Jako coś w rodzaju tryumfu woli.
Barażowe mecze z Belgią od pojedynku z Węgrami dzieliło pół roku. Czas ten w pełni należał do młodego lewoskrzydłowego, który szturmem wdarł się do reprezentacji. Zdobył wówczas dla niej każdą ze swoich trzech bramek z rozciągniętego na ogółem osiem występów dorobku. I zaprezentował się jako jej wielka nadzieja. Dopóki wszystkiego nie zniweczył dramat, który się rozegrał podczas urlopu zawodnika w Hiszpanii. Tuż po zakończeniu sezonu 1985/86.
De Wit zaczynał jako piłkarz Utrechtu, w którego barwach zadebiutował w lidze jeszcze przed ukończeniem 20-tu lat. Jednak nie nagrał się tam długo, bowiem jego przebojowość wpadła w oko włodarzom Ajaxu i po zaledwie półtorarocznym pobycie w drużynie seniorskiej przeniósł się z rodzinnego miasta do Amsterdamu. Tam spotkał wyjątkowe pokolenie graczy, które wkrótce miało stanowić o sile klubu i reprezentacji. Van Bastena, Rijkaarda, Koemana, Silooya, Vanenburga, Van’t Shipa… Cóż to był za zbiór piłkarskich osobowości. A wszyscy niesłychanie utalentowani i bardzo młodzi. Najwyżej tuż po dwudziestce. Brak doświadczenia nie powstrzymał ich przed zdobyciem mistrzostwa. Mimo rosnącej potęgi PSV Eindhoven.

W drugim i jak się miało okazać ostatnim sezonie nie tylko w Ajaxie, ale w ogóle w karierze, de Wit oraz cała ta plejada znakomitych zawodników trafili pod skrzydła jednej z najwybitniejszych postaci w dziejach futbolu. Samego Johana Cruyffa, debiutującego właśnie w roli szkoleniowca i owładniętego myślą by przywrócić swemu nowemu/staremu klubowi europejską chwałę. A dokonać tego można było – jego zdaniem – tylko przez gruntowną zmianę modelu gry, czy raczej całej klubowej filozofii. Czym to się ostatecznie skończyło dla Ajaxu, dla Barcelony, dla całej dyscypliny jaką jest piłka nożna, chyba nikomu nie trzeba tłumaczyć.
Choć od samego początku pobytu w Amsterdamie młody piłkarz świetnie się tam odnalazł, to pod okiem Cruyffa jego umiejętności jeszcze się rozwinęły. Znak firmowy de Wita – błyskotliwe, pełne polotu rajdy lewą flanką idealnie pasowały do sposobu gry nowego Ajaxu. I rozmachu z jakim ten zespół konstruował ataki. Dzięki czemu w dziewięciu przypadkach na dziesięć potrafił zdominować przeciwników. Lewoskrzydłowy był już wówczas tak dobry, że nie tylko zapracował na powołanie do reprezentacji, ale i jak wspomnieliśmy stał się jej wiodącą postacią.
I właśnie wówczas, gdy jego talent rozkwitał, a podróż na piłkarski olimp nabierała rozpędu, gwałtownie przerwał ją wylew krwi do mózgu. Dramat zawodnika, który po tym zdarzeniu nigdy już nie wybiegł na boisko skłania do refleksji nad kruchością świetnie się rozwijających karier przekreślonych nie z własnej winy, lecz przez okrutny wypadek lub chorobę, jak choćby ta Diogo Joty czy Krzysztofa Nowaka, którego postaci poświęciliśmy oddzielny tekst.
Na szczęście historia de Wita nie skończyła się aż tak tragicznie. Początkowo uważano nawet, że po wylewie szybko wróci do gry, a koledzy z Ajaxu wysłali mu do hiszpańskiego szpitala kartkę z pozdrowieniami o dość specyficznej treści: „NIE WIEDZIELIŚMY, ŻE MASZ MÓZG”. O tym, że go ma udowodnił występując później z sukcesami w turniejach warcabów stupolowych uznawanych w Holandii za dyscyplinę sportu i bardzo w tym kraju popularnych. Tyle, że on miał podbijać największe piłkarskie areny, a nie świetlice i klubokawiarnie. Nawet jeśli taka interpretacja jest dla holenderskich warcabów niesprawiedliwa, krzywdząca i świadczy o ignorancji, żal, że futbol stracił na zawsze gracza o tak nietuzinkowych umiejętnościach.
Mimo, że po żmudnej rekonwalescencji podjął próbę powrotu do treningów. A Cruyff coraz poważniej snuł plany włączenia go do kadry meczowej. W wywiadzie zamieszczonym na stronie internetowej Ajaxu jego były zawodnik tak wspomina tamten czas: “Straciłbym ubezpieczenie, gdybym wrócił do grania. Nie chciałem ryzykować. Z drugiej strony naprawdę chciałem kontynuować, ponieważ tak bardzo kochałem tę grę. W końcu Spelbos (Ronald Spelbos – starszy kolega z klubu i reprezentacji – przyp. aut.) wpłynął na mnie by zrezygnować. Mieliśmy skakać przez płotki, a ja nie byłem w stanie tego zrobić. Potykałem się. Zobaczył to i wtedy kurtyna opadła. Dokonałem wyboru.”
Inny gracz tamtej ekipy, Sonny Silooy dodaje: “To była dla niego długa droga, ale w pewnym momencie znów był sprawny i Cruyff chciał go wykorzystać. Jednak się nie udało. W 1987 roku wygraliśmy Puchar Zdobywców Pucharów, a Rob byłby z nami, gdyby nie to co się stało. To był prawdziwy dramat, że musiał przestać grać.”
W późniejszym okresie życia Rob de Wit jeszcze dwukrotnie doznał wylewu. Obecnie porusza się na wózku inwalidzkim. Tak mówi o tym co go spotkało: “Mój wózek jest darem niebios, mogę robić tak wiele rzeczy (…) Zdaję sobie sprawę, że mogło się to skończyć zupełnie inaczej. Wciąż mogę rozmawiać o piłce nożnej i nadal mam sprawną pamięć. Dotarcie do profesjonalnego poziomu jako młody chłopak, gra dla Ajaxu i reprezentacji Holandii, treningi pod okiem Cruyffa, to wszystko było wspaniałe.”
Choć holenderski zawodnik przemknął przez futbolową scenę niczym meteor, a jego kariera trwała zaledwie nieco ponad trzy lata, zostawił po sobie w pamięci kibiców trwały ślad. Wziąwszy pod uwagę jak wspaniale prezentowali się później w rożnych Barcelonach czy Milanach jego rówieśnicy, jak oszałamiającą piłkę grali Pomarańczowi na EURO 88 i jak zamaszysty podpis złożyło pod tym arcydziełem całe cudowne pokolenie niedawnych dzieciaków, którego był częścią, nie można wykluczyć, że i on zawędrowałby na sam szczyt. Ale tego już się nie dowiemy. Szkoda.
Jeśli uważasz, że to, co robimy, ma sens i chcesz pomóc nam rozwijać KulturaGry.pl, możesz postawić nam wirtualną kawę na BuyCoffee.com.
Zródła:
https://english.ajax.nl/articles/a-trip-down-memory-lane-with-de-wit-and-silooy




