Idąc długim ciemnym korytarzem, czyli samotność Leo Beenhakkera.

Jest chłodny, wietrzny listopadowy wieczór w Rotterdamie. Trwa walka o ostatnie miejsce do obsadzenia w mundialu Mexico 86 z puli przyznanej reprezentacjom starego kontynentu. Holendrzy podejmują w barażu Belgów. Pozostało kilka minut do końcowego gwizdka. Gospodarze prowadzą dwa do zera i są o krok od upragnionego awansu. Wynik ten w pełni ich satysfakcjonuje, bowiem w pierwszym spotkaniu w Brukseli ponieśli porażkę stosunkiem zaledwie 0-1. Straty są więc z nawiązką odrobione. Część trybun zaczyna świętowanie. Fani oczyma wyobraźni już przymierzają pomarańczowe sombrera, poncza i inne kibicowskie atrybuty, które będą mieli na sobie, gdy ich drużyna w pojedynku o złoto weźmie rewanż na Argentynie za porażkę z siedemdziesiątego ósmego. Czyżby przysłowiowa holenderska arogancja znów składała podpis pod nieukończonym arcydziełem? Stojący przy linii bocznej trener kadry – Leo Beenhakker wie, że do ostatniej sekundy nie można być niczego pewnym. Wyraz jego twarzy zdradza krańcowe napięcie. Zapewne odczuwa na zajmowanej rubieży przenikliwe zimno. Ma na sobie niebieski płaszcz z postawionym na sztorc kołnierzem. Wygląda w nim jak w generalskim szynelu. Jakby dowodził wojskiem w bitwie. Bujna blond czupryna miota się we wszystkie strony na wietrze. Nadchodzi 85 minuta. Wówczas to zawodnicy w pomarańczowych koszulkach łapią się za głowy. A rozśpiewani kibice milkną. Za to w sektorze gości wybucha szał radości. Eksploduje euforia.

Obie ekipy z Beneluksu zajęły w swych grupach eliminacyjnych drugie miejsca. Belgowie okazali się w tabeli minimalnie gorsi od Polaków, o których awansie przy takim samym bilansie punktów i bramek przesądził gol na 4-1 wbity Grekom przez Dziekanowskiego w ostatnich sekundach meczu w Atenach. Kto jednak pamięta tamte eliminacje, wie, że Belgia była wtedy od nas lepsza. A ostatnie, decydujące spotkanie zakończone wynikiem 0-0 w Chorzowie było w naszym wykonaniu walką o przetrwanie. I długimi fragmentami wybijaliśmy piłkę na oślep.

Holendrzy zaś w końcowym rozrachunku musieli uznać wyższość Węgrów ze znakomitym Lajosem Detarim w składzie. Węgrów – dodajmy – uchodzących za potencjalnego czarnego konia mundialu. Zwłaszcza po tym jak w spektakularny sposób rozbili u siebie towarzysko trzy do zera Brazylię. W trakcie eliminacji od początku nie układających się po myśli Oranje, drużynę z rąk legendarnego Rinusa Michelsa, którego karierę trenerską przerwały problemy z sercem, przejął właśnie Beenhakker. I udało mu się na tyle ustabilizować sytuację, żeby walka o ostatnie bilety na mundial – niemal dla wszystkich w Europie już rozstrzygnięta – toczyła się z udziałem Holandii do samego końca. Inna sprawa, że stary dobry Michels miał wkrótce powrócić. I to w wielkim stylu. Podarowując rodakom mistrzostwo kontynentu. Ale to już materiał na inne opowiadanie. 

Tymczasem, inaczej niż to bywało w przeszłości spadkobiercy oszałamiającego futbolu totalnego, który święcił tryumfy w latach 70-tych, nie mogli się czuć w rywalizacji z sąsiadami zza miedzy faworytami. Holendrów nie było ani na mundialu w Hiszpanii, ani podczas EURO 84 we Francji. W połowie tamtej dekady tkwili więc w okresie przejściowym. Stare już przeminęło, a nowe jeszcze nie nadeszło. I choć wszyscy, którzy wkrótce mieli decydować o sile ekipy Oranje, a więc Gullit, Koeman, Rijkaard czy Van Basten szturmem brali właśnie pierwszy skład lub się do niego dobijali, to jednak nie zdążyli jeszcze piłkarsko okrzepnąć. Belgowie zaś zmontowali diabelnie silną kadrę. Nomen-omen – zważywszy na ich przydomek Czerwone Diabły. Z Pfaffem, Geretsem, Ceulemansem i Scifo na czele. Mieszankę rutyny z młodością. I już w 1980 roku zostali wicemistrzami Europy. By w kolejnych latach cyklicznie wpuszczając do niej świeżą krew rozsiąść się w szerokiej czołówce globu. Ich selekcjoner Guy Thys zajmował swe stanowisko niemal od dekady. Wziąwszy pod uwagę także sukcesy drużyn klubowych, Anderlechtu, Brugii czy Standardu, flamandzko-waloński futbol był w pierwszej połowie lat 80-tych synonimem stabilnej jakości. Produktem eksportowym nie gorszym od belgijskiej czekolady. I nawet ligowa afera korupcyjna z udziałem kilku graczy Standardu, w tym zdyskwalifikowanego w jej wyniku Geretsa (oraz reprezentującego Holandię Tahamaty), nie zachwiała tym sielankowym obrazem. Zresztą obu piłkarzom zawieszenie ostatecznie skrócono. I stanęli przeciwko sobie do bratobójczego pojedynku.

Rysą na wizerunku tamtejszej piłki okazało się coś innego. Choć to nie Belgowie ponosili w tym przypadku bezpośrednią odpowiedzialność. Pierwsze spotkanie obu drużyn rozegrano w Brukseli na obiekcie Anderlechtu nazywanym wówczas Astrid Park. Była to lokalizacja nietypowa, bowiem tradycyjna reprezentacyjna arena, czyli wiekowy i wysłużony stadion Heysel, został kilka miesięcy wcześniej zamknięty z powodu pamiętnych, opłakanych w skutkach wydarzeń towarzyszących finałowi Pucharu Europy między Liverpoolem a Juventusem. Spektakl przemocy z udziałem części kibiców obu drużyn (choć trzeba jasno powiedzieć, że stroną znacznie agresywniejszą byli Anglicy) oraz wywołana nim panika tłumu tratującego i miażdżącego bezradne ofiary, dla których zmurszała, sypiąca się pod naporem ludzkiej masy konstrukcja trybun okazała się pułapką bez wyjścia, doprowadziły do śmierci 39 osób. A wielokrotnie więcej odniosło obrażenia. To, że mecz się w tej sytuacji w ogóle odbył, było hańbą. Jedną z wielu, jakimi w swej historii okrył się futbol. 

Belgom zarzucono uchybienia organizacyjne. Opieszałość i brak koordynacji w działaniach policji, nieprzemyślaną dystrybucję biletów, błędy w rozplanowaniu sektorów buforowych, wreszcie fatalny stan przestarzałego stadionu. Lecz to przecież nie oni wybrali go na arenę finału najważniejszych klubowych rozgrywek w Europie. O tym, że to obiekt archaiczny i nie spełniający norm bezpieczeństwa było wiadomo na długo przed meczem. Widzom, peerelowskiej telewizji będącym zaledwie kilka tygodni wcześniej świadkami porażki Polaków z gospodarzami, mógł się wydawać nowoczesny. Wytworny i architektonicznie wyrafinowany. Lecz w istocie taki nie był. Cóż… W dniu święta 1-ego Maja, kiedy wszystko kwitło, a ludzie mieli wolne od pracy, blask i wielkoświatowy sznyt w ich percepcji przezwyciężały szarości. To zjawisko ponadczasowe i uniwersalne. Gdy gest zamaszysty a myśl wzniosła nawet gorycz po przegranej naszych odczuwa się inaczej. Każdy to wie.

Wróćmy jednak do rywalizacji Belgów z Holendrami, której stawką, oprócz biletów do Meksyku był prestiż i przywilej patrzenia na sąsiadów z góry. Przynajmniej do kolejnego wielkiego turnieju. Po skromnym, jednobramkowym zwycięstwie gospodarzy na Astrid Park obie strony widziały otwartą nadal kwestię awansu po swojemu. Podopieczni Thysa rzecz jasna cieszyli się z wygranej, oraz z faktu, że u siebie nie stracili bramki, która w rewanżu mogłaby przechylić szalę na korzyść przeciwników. Ci zaś byli przekonani, że z łatwością odrobią straty na własnym terenie. Przy najgorętszej w Holandii publice stadionu de Kuip w Rotterdamie, gdzie na co dzień występował Feyenoord. Wiarę tę umiejętnie podsycał Leo Beenhakker, który chwalił grę swych zawodników i nie robił problemu z nikłej porażki. Zwłaszcza, że w Brukseli przez niemal cały mecz drużyna musiała sobie radzić w osłabieniu po czerwonej kartce Kiefta za domniemane uderzenie Vercauterena, czego nawet telewizyjne powtórki nie były w stanie dowieść, mimo, że belgijski pomocnik padł na murawę jak po ciężkim nokaucie. W tych niesprzyjających okolicznościach „Pomarańczowi” zaprezentowali się więc całkiem nieźle. I ze spokojem czekali na rewanż. Jesteśmy w stanie odnieść sukces, musimy tylko pozostać zjednoczeni – mówił dziennikarzom Beenhakker z miną człowieka stuprocentowo przekonanego o słuszności swoich racji.

Emocje jakie wywołało brukselskie spotkanie miały też jednak swe drugie, ciemne oblicze. Dwie wielkie nadzieje holenderskiej kadry, a w przyszłości jej czołowi gwiazdorzy Ruud Gullit i Frank Rijkaard, obaj urodzeni w Amsterdamie, lecz mający pochodzenie surinamskie byli traktowani przez publiczność na Astrid Park ze szczególną wrogością. O ile konwencjonalne gwizdy i wyzwiska pod adresem wszystkich bez wyjątku Holendrów mieściły się w dopuszczalnym kanonie metod deprymowania przeciwnika i dawania upustu emocjom – wszyscy wiedzą, że stadion piłkarski to nie teatr – to na tę dwójkę buczano i lżono ją z powodów rasistowskich. Co zaś z dzisiejszej perspektywy może kogoś zdziwić, belgijska drużyna była złożona wyłącznie z białych zawodników. A prawdziwie imigranckim rodowodem legitymował się jedynie syn włoskich gastarbeiterów, Enzo Scifo. Ewentualnie Alex Czerniatyński jeśli przyjmować w tej kwestii szersze kryteria. Przyczyna buczenia na Rijkaarda i Gullita była zatem oczywista. Zresztą owa „monokulturowość” belgijskiej jedenastki sama na dłuższą metę nie miała szans się utrzymać zważywszy na kolonialną przeszłość kraju oraz migrację do Europy Zachodniej ludzi z innych kontynentów poszukujących w niej lepszego życia. Jak wiemy w jednych państwach proces ten w naturalny sposób przebiegał szybciej, w innych następował z pewnym opóźnieniem zależąc przy tym od mnóstwa czynników. 

Pod sam koniec meczu na murawie pojawił się Simon Tahamata, trzeci z Holendrów o innym niż biały kolorze skóry. Losy tej arcyciekawej postaci zasługują na oddzielne potraktowanie, a ociosywanie ich do kilkuzdaniowej notki byłoby jak amputowanie palców pianiście i pozostawienie mu pojedynczego kciuka, żeby mógł go unieść w górę na znak, że nic się nie stało. Inna sprawa, że w sensie symbolicznym właśnie do tego owa historia mająca swój początek w dawnych Holenderskich Indiach Wschodnich się sprowadzała.

Do 85 minuty rewanżu na de Kuip strategia Beenhakkera wydawała się działać. Po bezbramkowej pierwszej połowie, między 60 a 72 minutą gospodarze trafili dwukrotnie i można było odnieść wrażenie, że mają mecz pod kontrolą. Ze względu na kiepską murawę piłka latała wprawdzie wysoko nad głowami zawodników, ale to właśnie doprowadziło do chaosu w belgijskiej obronie, czego konsekwencją była seria błędów i obie stracone bramki. Najpierw – przy pierwszym golu – niefortunnie interweniujący Gerets umożliwił Holendrom dośrodkowanie, a stojący w bramce Pfaff zamiast je wyłapać, biernie przyglądał się jak Houtman wyskakuje do główki i strzela mu w krótki róg. Houtman, którego – dodajmy – w ogóle nie powinno być na boisku, a wystąpił tylko dlatego, że będący przed nim w kolejce do grania Van Basten i Kieft musieli odcierpieć absencję za kartki. Drugi gol padł po centrze Gullita z prawej strony. Zamieszanie jakie ta nieudana w sumie wrzutka wywołała w polu karnym przeciwników, cała sekwencja przypadkowości przypominająca powietrzny bilard, skończyła się dla nich najgorzej jak mogła. Choć jeden z Belgów próbował jeszcze desperacko wybić piłkę ręką z linii bramkowej. Było więc dwa do zera. A na listę strzelców wpisał się de Wit. Kolejny z młodych, obiecujących graczy, który otrzymał szansę od Beenhakkera. To on przy pierwszym golu dogrywał do Houtmana. Wcześniej zaś sprawił, że Holandia w ogóle dostała się do barażu strzelając kluczową w ogólnym bilansie bramkę Węgrom. Po pięknej indywidualnej akcji. Niestety jego dopiero rozpoczynającą się karierę, wkrótce gwałtownie przerwie wylew krwi do mózgu. 

Dramat de Wita, który po tym zdarzeniu nigdy nie wybiegł już na boisko skłania do refleksji nad kruchością świetnie się rozwijających karier przekreślonych nie z własnej winy, lecz przez okrutny wypadek lub chorobę, jak choćby ta Diogo Joty czy Krzysztofa Nowaka, którego postaci poświęciliśmy oddzielny odcinek. 

Baraż między oboma sąsiednimi krajami rozgrywano w listopadzie, a zaledwie miesiąc wcześniej zginął w wypadku samochodowym Ludo Coeck. Wielokrotny reprezentant Belgii niezwykle ceniony za uniwersalność, występujący zazwyczaj na nieco już zapomnianej pozycji libero. Kiedy ze względu na wciąż odnawiającą się kontuzję nie poszło mu w Interze, a następnie na wypożyczeniu do Ascoli, postanowił wrócić do ojczyzny i odbudować karierę w RWD Molenbeek. Niestety nie odbudował. Zginął w swoim BMW na autostradzie między Antwerpią a Brukselą. To on w meczu otwarcia mundialu w Hiszpanii powstrzymał samego Diego Maradonę. A mistrzowie świata niespodziewanie ulegli Belgom 0-1.

Na szczęście historia de Wita nie skończyła się aż tak tragicznie. Początkowo uważano nawet, że po mózgowym krwotoku, którego doznał podczas urlopu w Hiszpanii, szybko wróci do gry. Koledzy z Ajaxu wysłali mu nawet kartkę z pozdrowieniami o dość specyficznej treści: „NIE WIEDZIELIŚMY, ŻE MASZ MÓZG”. O tym, że go ma udowodnił występując później z sukcesami w turniejach warcabów stupolowych uznawanych w Holandii za dyscyplinę sportu i bardzo w tym kraju popularnych.

Póki co jednak trwało spotkanie w Rotterdamie. A szarżujący co chwila lewą flanką de Wit absorbował uwagę prawego obrońcy przeciwników – Geretsa, czym do pewnego stopnia neutralizował zagrożenie włączania się przez niego do akcji ofensywnych swego zespołu.  W końcu jednak Belgowie nie mieli już czego bronić. I musieli rzucić się do ataku. Postawić wszystko na jedną kartę. W 80-tej minucie Beenhakker zdjął niziutkiego Tahamatę i w jego miejsce posłał do gry Silooya. Prawy obrońca za prawoskrzydłowego. To jednak z drugiej flanki nadeszło nieszczęście. To co przez cały mecz tak dobrze działało teraz miało okazać się holenderskim przekleństwem. De Wit na chwilę odpuścił Geretsowi doskakując do innego przeciwnika dzięki czemu Belg otrzymał dość wolnego miejsca i czasu na wrzucenie piłki w pole karne. A tam Spelbos i van Loen przegrali walkę o pozycję z Grunem, który głową skierował piłkę do bramki. Tak padł gol na wagę belgijskiego awansu na mundial. I jak się miało okazać, dotarcia w nim aż do półfinału. Gospodarze zaś opuścili trzeci wielki turniej z rzędu.

A było przecież tak blisko. Trybuny de Kuip już świętowały i śpiewały meksykańskie piosenki. Dopóki Belgowie ich nie uciszyli. Zbliżenie kamery na twarz Beenhakkera przedstawiało obraz człowieka cierpiącego. Odmalowujące się na niej emocje wciąż, nawet po tylu latach mogą budzić współczucie. Niemoc, rozgoryczenie, udręka. Grymas wręcz fizycznego bólu. Trener Holendrów zrobił wszystko, żeby awansować. A mimo to się nie udało.

Kiedy wybrzmiał ostatni gwizdek a skupieni przy ławce członkowie belgijskiej ekipy rzucili się na boisko by wspólnie z kolegami fetować awans, Beenhakker jakby nie chcąc być świadkiem ich euforii, szybko opuścił plac gry i udał się do szatni.

Droga do niej wiodła długim podziemnym korytarzem. Widok samotnie przemierzającego te katakumby Holendra robi na wciąż dostępnych nagraniach piorunujące wrażenie. I przemawia silniej od tysiąca słów. W tej jednej scenie zamyka się cały dramat człowieka przegranego. Osamotnionego, opuszczonego. Który symbolicznie zstępuje do piekieł, a wszystko w co do samego końca wierzył i czemu poświęcał wysiłki, okazało się nic nie warte.

Tu pojawia się bardzo ciekawy wątek. Z naszego polskiego podwórka. We wspomnieniach wielu osób pamiętających tamte wydarzenia przetrwał obraz Beenhakkera, który zszedł do szatni jeszcze przed końcem meczu. Jakby nie mógł znieść towarzyszącego mu napięcia. A o ostatecznym wyniku miałby się dowiedzieć z dobiegających do podziemi dźwięków. Lub po grobowej ciszy. Skąd ten nieprawdziwy obraz? Jak to możliwe, że wielu sympatyków piłki nożnej nad Wisłą uległo tej zbiorowej iluzji? Przychodzi do głowy hipoteza, że któryś z relacjonujących to spotkanie polskich dziennikarzy podkolorował rzeczywistość, żeby lepiej pasowała do opowieści. Przypominają się też słynne słowa od dawna nieżyjącego Janusza Atlasa: „Niech ci prawda nie przeszkadza w pisaniu.” Albo różne, mniej lub bardziej istotne nadużycia nieobce mistrzowi reportażu Ryszardowi Kapuścińskiemu. Cóż… Nawet tak błahe z pozoru zajęcie jak opowiadanie o sporcie może być dziedziną sztuki. O ile wyobraźnia autora zanadto go nie odciąga od faktów.

W końcówce tych samych eliminacji, w których Belgowie walczyli z Holendrami, o ostatnie bilety do Meksyku ubiegali się również Szkoci. Ich baraż z Australią, tradycyjnie dominującą w strefie Oceanii, poprzedził decydujący o kolejności w grupie eliminacyjnej mecz przeciwko Walijczykom. W samej końcówce spotkania, tuż po wyrównującej bramce Szkotów z karnego, ich trener – legendarny Jock Stein zmarł na zawał serca. A jego zawodnicy fetowali sukces nie mając świadomości rozgrywającego się tuż obok dramatu. Ta szekspirowska w swej wymowie tragedia, w oczywisty sposób przywodzi na myśl „Króla Leara”. A także postać być może najwybitniejszego polskiego aktora – Tadeusza Łomnickiego, umierającego na scenie podczas prób przed wystawieniem tegoż spektaklu. W szkockim futbolu nie zapanowało jednak bezkrólewie. Pomagający Steinowi jako tymczasowy asystent Alex Ferguson, będący świadkiem tamtych wydarzeń, poprowadził kadrę w mistrzostwach, a w kolejnych latach zdetronizował poprzednika w roli największego szkoleniowca w historii swego kraju.

Ferguson, Cruyff, Happel, Michels, Sacchi, Menotti, Trapattoni – filozofowie piłki z różnych trenerskich pokoleń, którzy spotkali się w tamtej epoce. Beenhakker był bez wątpienia jednym z nich. Należał do trenerskiej czołówki wyznaczającej trendy. O czym mogą zaświadczyć zarówno jego późniejsza posada w Realu Madryt, jak i „wyczarowanie” sukcesu z egzotycznym Trynidadem i Tobago, oraz niemal równie egzotyczną wówczas Polską. To on – czy to się komuś podoba czy nie – a wielu rodzimych demagogów go za to znieważało, próbował nas wyciągnąć z „drewnianych chatek”. Mało kto dziś chce pamiętać, że wszystko co złe w nieudanych eliminacjach do mundialu w RPA zaczęło się cztery dni po pokonaniu przez nas Czechów. Absurdalne, wynikające z niechlujności błędy polskich zawodników po objęciu prowadzenia w końcówce wyjazdowego meczu ze Słowacją poskutkowały niewytłumaczalną porażką. I uruchomiły destrukcyjny proces, który trwał już do końca eliminacji. Beenhakker mógł się co najwyżej łapać za głowę. A „polska myśl trenerska” do spółki z tzw. „komentatorami” rozpoczęła kopanie leżącego. Skończyło się zwolnieniem z pracy podczas udzielanego przez prezesa związku pomeczowego wywiadu. Holender z całą pewnością na takie potraktowanie nie zasługiwał. Lecz szambo znów wybiło.

W ostatnich latach życia Beenhakker poważnie chorował. Coraz bardziej odsuwał się od ludzi, lub odwrotnie, to ludzie sukcesywnie go opuszczali pozostawiając po sobie pustkę. Spędzając samotnie czas w swym mieszkaniu w Rotterdamie, nie był już tym samym Don Leo co dawniej. Nie udzielał się, nie komentował piłki, jego telefon całymi dniami milczał. Aż w końcu umilkł na dobre.

Wspomniany wcześniej Ryszard Kapuściński sformułował w „Lapidariach” myśl, że „samotność najbardziej odczuwa się w tłumie”. Może tak, może nie. Każdy kogo ona dotyka i kto zmaga się z depresją, ma na temat własne zdanie. Były selekcjoner naszej kadry znał dobrze ów długi, ciemny korytarz. Pod koniec życia znów do niego wszedł. Lecz w pamięci wielu pozostanie mądrym, godnym szacunku człowiekiem. Jednym z „wielkich holenderskich mistrzów”. Czasem może i aroganckich, ale cieszących się prawdziwym autorytetem.