„Josemu Arcadiowi Buendii przyśniło się tej nocy, że na miejscu obozu wznosi się gwarne miasto, w którym domy mają ściany z luster. Zapytał co to za miasto i w odpowiedzi wymieniono nazwę, której nigdy przedtem nie słyszał, i która nic nie oznaczała, a jednak tej nocy we śnie przybrała dźwięk magicznego zaklęcia: Macondo. Nazajutrz przekonał swoich ludzi, że nigdy nie znajdą morza. Kazał im wyciąć drzewa, żeby w najchłodniejszym miejscu nad rzeką utworzyć polanę, i tu założyli osadę.”
– Gabriel Garcia Marquez – „Sto lat samotności”
Scena druga
Jest krótko przed północą. Dwóch mężczyzn zmierza w kierunku restauracji Sorpresa w centrum Medellin. To zaledwie kilka kroków od hotelu, w którym się zatrzymali, więc najprościej jest się tam dostać na piechotę. Gdy taksówka przywiozła ich z pracy – a obaj są piłkarskimi sędziami i tego wieczoru uczestniczyli w spotkaniu czołowych kolumbijskich drużyn, miejscowego Deportivo Independiente z Americą Cali – kuchnia w hotelowej restauracji była już zamknięta. Dlatego wypili w barze po drinku i udali się na kolację.
Obu towarzyszyło tego dnia ogromne napięcie. Zainfekowało ich myśli na długo przed meczem, a później z każdą godziną jedynie narastało, osiągając punkt kulminacyjny równo z pierwszym gwizdkiem. Teraz, po szybkim drinku w barze mężczyźni mogli się wreszcie odprężyć. Ich stan ducha nie wynikał jednak z temperatury spotkania, gdyż na boisku niewiele się działo i zakończyło się ono bezbramkowym remisem, ile raczej z tego co się nie wydarzyło. Obyło się bowiem bez niejednoznacznych, spornych sytuacji przy których musieliby podejmować kontrowersyjne decyzje. W jedną lub drugą stronę. Minimalnych spalonych, upadków w polu karnym, brutalnych fauli kwalifikujących się do pokazania czerwonej kartki. Czego obaj najbardziej się obawiali. I za wszelką cenę pragnęli uniknąć. Zważywszy na zaciekłą rywalizację obu zespołów będących własnością karteli narkotykowych, oraz okoliczności towarzyszące ich poprzedniemu pojedynkowi, była to wyjątkowo szczęśliwa okoliczność. Można powiedzieć, że całej obsadzie sędziowskiej spadł z serca ciężki głaz.
Dziś obaj mężczyźni byli liniowymi. Jednak trzy tygodnie wcześniej, kiedy drużyny te mierzyły się w Cali, jeden z nich – Alvaro Ortega prowadził zawody jako sędzia główny. I to na nim skupiły się złe emocje ludzi oglądających to spotkanie. Czy raczej emocje złych ludzi żywo zainteresowanych wynikiem.
Wówczas to, w 89 minucie, zaledwie kilka chwil przed końcowym gwizdkiem, przy prowadzeniu gospodarzy 3-2, Ortega podjął kontrowersyjną decyzję o nieuznaniu gola dającego Deportivo wyrównanie, odgwizdując nieczyste zagranie w ofensywie. Decyzja ta rozsierdziła oglądającego mecz w telewizji Pablo Escobara. I sprowadziła na arbitra jego gniew. Baron narkotykowy uznał, że Ortega został przekupiony przez konkurencyjny kartel z Cali. A wiadomo czym groził ów gniew. Rozniosła się pogłoska, że młody, zaledwie 32-letni sędzia wdepnął w poważne kłopoty. I że zapadł na niego wyrok.
Dlaczego więc zdecydował się pojechać do jaskini lwa i prowadzić kolejne spotkanie tych zespołów? David Arrowsmith w książce „Narcoball. Futbol, kartele i śmierć w Kolumbii Pablo Escobara” twierdzi, że Jesus Diaz – partner z obsady sędziowskiej i przyjaciel Ortegi, próbował go przekonać by nie igrał z ogniem i zrezygnował z wyjazdu do Medellin. Z innych źródeł dowiadujemy się, że młody sędzia był skłonny posłuchać rady i poprosił władze ligi o wyznaczenie do prowadzenia meczu kogoś innego, jednak decydenci z Dimayor (Major Division of Colombian Football) odmówili. Będącemu u progu kariery arbitrowi nie pozostało więc nic innego jak podjąć wyzwanie.
Kiedy mężczyźni już niemal pokonali ten kawałek drogi, który dzielił ich od restauracji, usłyszeli za plecami czyjś szybki krok. Ortega odwrócił głowę i instynktownie rzucił się do ucieczki. Napastnik z automatyczną bronią w ręku minął zszokowanego Diaza całkowicie ignorując jego obecność. Następnie wymierzył i wystrzelił w kierunku Ortegi. Pierwszy pocisk trafił ofiarę w nogę i powalił na ziemię. Dziewięć kolejnych zamieniło tę scenę w brutalną egzekucję. Toczący wojnę z całym światem Pablo Escobar mógł odhaczyć kolejną pozycję na długiej liście ludzi, którzy z jakichś powodów zaleźli mu za skórę. I podpisali na siebie wyrok. W odróżnieniu od anonimowych, przypadkowych ofiar zleconych przez niego zamachów, młody sędzia miał przynajmniej znane mu nazwisko. I twarz. Wielu innych było dla niego po prostu szarą bezimienną masą, efektem ubocznym toczącej się walki o zachowanie wpływów.
Wydarzenia te miały miejsce 15 listopada 1989 roku. Tydzień później kolumbijska federacja podjęła bezprecedensową decyzję o zawieszeniu rozgrywek. Był to jedyny jak dotychczas sezon, w którym nie wyłoniono ich zwycięzcy. Jednak niejedyny przypadek zawieszenia ligi w samych tylko latach 80-tych. Poprzednim razem, cztery lata wcześniej również przyczyniła się do tego działalność karteli. Tyle, że wówczas to nie federacja podjęła decyzję o nierozgrywaniu meczów. A właśnie kartele, które nakazały należącym do siebie klubom ogłosić strajk. Jak to ujął w swej książce Arrowsmith: „Escobar liczył, że weźmie piłkę nożną na zakładnika”. I dzięki temu zmusi kolumbijskie władze do wypowiedzenia umowy ekstradycyjnej z USA. Co było – jak pamiętamy – jego idee fixe. Jego Świętym Graalem. Sprawą, dla której był gotów poświęcić wszystko.
Decyzję o strajku podjęto podczas nadzwyczajnego zjazdu władz kolumbijskich karteli w jednej z posiadłości Escobara. A był to jeszcze czas, w którym te organizacje ze sobą współpracowały, nie polowały na swoich ludzi i nie podkładały sobie wzajemnie bomb, jedynym zaś polem rywalizacji między nimi była piłka nożna.
Wyobraźmy sobie tę scenę jakby żywcem wyjętą z „Ojca Chrzestnego”, gdy Escobar siedzi naprzeciwko braci Rodriguez Orejuela władających Americą Cali, Jose Gonzalo Rodrigueza Gachy nazywanego „El Mexicano”, którego oczkiem w głowie byli Millonarios Bogota, czy swego brata Roberto kibicującego od dziecka Deportivo Independiente Medellin i na tyle oddanego temu klubowi, że przekonał Pabla by w niego zainwestować i pośrednio włączyć do ich holdingu, mimo, że boss całym sercem był za Atletico Nacional z rodzinnego miasta, stanowiącym zresztą w strukturze kartelu perłę w koronie oraz obiekt spełnionych marzeń o posiadaniu czegoś co kocha się uczuciem tak szczerym i prawdziwym, że o jego wygaśnięciu może przesądzić jedynie śmierć. A przy okazji świetnie się na tym zarabia, bo kluby piłkarskie służyły tym wszystkim ludziom za pralnie pieniędzy. Pomyślmy tylko: co tydzień, co dwa, na zarządzanych przez nich stadionach zjawiało się po kilkadziesiąt tysięcy widzów. A za bilety płacili gotówką. Do tego transfery zawodników, kontrakty, menadżerskie prowizje… Dziesiątki, a może i setki sposobów na zalegalizowanie brudnej forsy z narkotyków. Więc miłość miłością, lecz nie zapominajmy o interesach. I sprawach, o których mają obradować. Niczym bohaterowie epickiego dzieła Mario Puzo. Zamieńmy zatem nazwiska Corleone, Tattaglia czy Barzini na te wymienione wyżej, a otrzymamy jego kolumbijską wersję, tyle, że osadzoną w rzeczywistości. A ponieważ to Ameryka Łacińska, nie może zabraknąć piłki nożnej. Stanowi ona wręcz zasadniczy powód, dla którego ludzie ci się spotkali.
W 1979 roku, kiedy Escobar startował do kariery politycznej i poszerzał swoje wpływy w rozkochanym w futbolu Medellin, kilkaset kilometrów stamtąd, w leżącym bliżej oceanu Cali, bracia Gilberto i Miguel Rodriguez Orejuela budujący tak jak i on potęgę swej organizacji na kokainie, zainwestowali w miejscową drużynę piłkarską. Ich wybór nie padł jednak na lokalnego potentata – Deportivo, które zaledwie rok wcześniej dotarło do finału Copa Libertadores i szczyciło się najdłuższą w kraju historią, lecz inny klub z Cali, dołującą i – jak się wydawało – naznaczoną wieczną klątwą Americę. Bracia Rodriguez byli jednak ludźmi pragmatycznymi i twardo stąpającymi po ziemi. Nie brali więc tych guseł na poważnie i już w pierwszym sezonie dzięki ogromnym pieniądzom, którymi dokapitalizowali inwestycję, mogli cieszyć się z tytułu mistrzowskiego.
Nowi właściciele mieli tym większy powód do zadowolenia, że w skomplikowanym (i podlegającym na przestrzeni lat modyfikacjom), charakterystycznym dla kontynentu systemie rozgrywek, w którym sezon dzieli się na kilka faz, America w pasjonującej końcówce zdystansowała lokalnego oponenta, choć zgodnie z wspomnianą klątwą już na wieczność miała pozostawać w jego cieniu. I nigdy nie zatryumfować w lidze. To zaś, czy – jak głosiła plotka – do zrzucenia z siebie przeklętego fatum wynajęto inną nadprzyrodzoną siłę oprócz tej wyrażanej pieniędzmi, to całkiem odrębna kwestia. Kibice z całą pewnością nie mieliby nic przeciwko takiemu podwójnemu zabezpieczeniu.
O tym z jakim rozmachem bracia zabrali się do rozwijania piłkarskiej odnogi swego imperium niech świadczy bajeczna, liczona w milionach dolarów oferta jaką złożyli wschodzącej argentyńskiej gwieździe – Diego Maradonie. Znacznie przewyższająca rekordową kwotę jego transferu do Barcelony dokonanego trzy lata później.
Gdyby oferta została przyjęta, Maradona nie byłby pierwszą zagraniczną mega-gwiazdą występującą w lidze kolumbijskiej. Wcześniej, jeszcze w latach 50-tych występował w niej sam Alfredo Di Stefano. Spektakularny, choć krótkotrwały wzlot klubowej piłki w tym kraju wspominany przez wielu jako „Złota Epoka” lub „Era El Dorado” był wynikiem splotu różnych okoliczności, z konfliktem z FIFA na czele. Ale i m.in. strajkiem trawiącym sąsiednie (no prawie sąsiednie) rozgrywki w Argentynie, oraz napięciami politycznymi na szczytach władzy w Bogocie skutkującymi brutalnym konfliktem społecznym pomiędzy różnymi grupami interesu.
Ogólnokrajowa liga piłkarska powstała w Kolumbii dopiero w 1948 roku. Jej założenie zbiegło się w czasie z wybuchem tzw. La Violencii (Przemocy), czyli jednego z etapów krwawych wojen domowych toczących się tam niemal nieprzerwanie przez całą drugą połowę XX wieku aż do drugiej dekady obecnego stulecia. La Violencia, którą zapoczątkowało zabójstwo charyzmatycznego liberalno-lewicowego polityka Jorge Eliecera Gaitana, a na jakiś czas położył jej tamę wojskowy zamach stanu generała Pinilli z 1953 roku, tak naprawdę jednak zakończyła się dopiero cztery lata później wraz z powstaniem tzw. Frontu Narodowego, czyli porozumienia dwóch najważniejszych, tworzących oligopol stronnictw politycznych w kraju – Partii Konserwatywnej i Partii Liberalnej (to tak jakby dziś w Polsce PIS i PO podzieliły się władzą nie dopuszczając do udziału w niej nikogo innego), pochłonęła wg różnych szacunków między 200 a 300 tysięcy ofiar śmiertelnych, około miliona zaś dotknęła innymi konsekwencjami (jak fizyczne obrażenia, utrata dobytku czy dachu nad głową). W takim oto krajobrazie największe kluby piłkarskie skrzyknęły się bez udziału miejscowej federacji i powołały profesjonalną ligę Dimayor. W zdaniu tym kluczowa jest fraza: „bez udziału federacji” oraz przymiotnik „profesjonalna”. Jak nietrudno się domyślić dla związkowych działaczy zarządzających dotychczas futbolem o charakterze amatorskim, wymykające się spod kontroli rozgrywki zawodowców, kwestionujące pod wieloma względami ich przywództwo, stanowiły egzystencjalne zagrożenie. I choć początkowo obie strony próbowały się dogadać, to spór rozognił się na dobre, gdy rok później władze ligi odmówiły jej przerwania i zwolnienia zawodników na odbywające się w Brazylii kontynentalne mistrzostwa. Wówczas wkroczyła dotknięta do żywego południowoamerykańska federacja CONMEBOL. A tę z kolei poparła FIFA. Wszystko zaś podlane zostało sosem z „prawdziwych wartości”, „ducha amatorskiego sportu” oraz „zaślepiającej zawodowców rządzy zysku”. Obrońcy ustanowionego przez siebie globalnego porządku we własnym interesie nie mogli pozwolić by koncesjonowanym przez nich „amatorom” wyrosła pod nosem precedensowa i groźna również z ich punktu widzenia konkurencja. Nie tylko więc, nie dali nowemu bytowi błogosławieństwa, ale wręcz oskarżyli o herezję, ekskomunikowali i wbijali szpilki w wyobrażającą go laleczkę voodoo. Oraz hurtem zawieszali zgłaszających doń akces zawodników. Krótko mówiąc odmówili prawa do istnienia.
A skoro tak, to i drugiej stronie sporu całkiem puściły hamulce. Uwolniona (we własnym przekonaniu) od krępujących ją międzynarodowych regulacji i szybko zyskująca popularność liga, wspierana dodatkowo przez możnych stronników dostrzegających już wówczas korzyści polityczne płynące z inwestycji w futbol, sprawiła, że nagle pojawiło się w nim mnóstwo pieniędzy. Dzięki czemu w Kolumbii płacono zawodnikom znacznie więcej niż w innych krajach regionu. Ba, więcej niż w jakimkolwiek miejscu na ziemi, z zachodnioeuropejskim epicentrum tego sportu włącznie. Po prostu lokalne kluby wypięły się na FIFA i uznały, że nie muszą pokrywać kwot odstępnego za pozyskiwanych piłkarzy, a zaoszczędzone w ten sposób środki mogą przeznaczyć na wynagrodzenia. Wkrótce więc w Bogocie zjawiły się dwie legendy River Plate – Adolfo Padernera i Nestor Rossi, by wspólnie z Di Stefano reżyserować w barwach Millonarios olśniewającą boiskową choreografię nazywaną „Niebieskim Baletem”. Jednak na takie finansowe ekstrawagancje mogli sobie pozwolić nie tylko (nomen-omen) Milionerzy. Dla Deportivo Cali ofertę z Realu Madryt odrzucił na przykład Peruwiańczyk Valeriano Lopez, strzelec wyborowy i playboy słynący z używania banknotów o wysokich nominałach jako bibuły do skręcania papierosów. Inny klub z Bogoty, Santa Fe (i to już był prawdziwy szok) wyciągnął z ligi angielskiej reprezentacyjnego obrońcę Neila Franklina i dwóch skrzydłowych – George’a Mountforda ze Stoke i Charlie’go Mittena z Manchesteru United. Opuszczając deszczowe Stoke (choć nie wiemy czy było to w „poniedziałkowy wieczór”) Franklin powiedział prasie: „Będzie nam tam lepiej (w Kolumbii – przyp. autora) niż jakiemukolwiek piłkarzowi na świecie”. Zapewne miał na myśli głównie kwestie finansowe. Ogółem w „Erze El Dorado” do tamtejszych zespołów ściągnięto około trzystu obcokrajowców, z czego większość stanowili Argentyńczycy i Urugwajczycy.
Jednak spektakularny wzlot Dimayor zakończył się równie szybkim upadkiem. Ostatecznie ugięto się pod naciskiem FIFA, w czym miał swój udział szlaban postawiony kolumbijskim zespołom na występy międzynarodowe, w tym start reprezentacji w mistrzostwach świata, które w 1954 roku miały się odbyć w… Szwajcarii, a także rosnąca w krajach Ameryki Południowej frustracja z powodu zawieszenia wielu potencjalnych kadrowiczów. Podpisując tzw. Pakt z Limy (przy okazji odbywającego się w tym mieście kongresu CONMEBOL) władze ligi zobowiązały się do respektowania obowiązujących w światowym futbolu zasad oraz… „oddania” do 1954 roku nieprzepisowo pozyskanych zawodników ich poprzednim klubom. W myśl porozumienia rozgrywki zostały uznane przez FIFA za legalne, odwieszono banitów i zezwolono im na grę z zagranicznymi rywalami. Lecz choć Dimayor tym posunięciem kupiła sobie czas, w istocie był to gwóźdź do jej trumny. Bo choć grające w niej drużyny dzięki wypłynięciu na szerokie wody mogły zaprezentować światu swych gwiazdorów (w ten sposób Real Madryt zachwycił się Di Stefano i zapragnął go mieć u siebie, co zapoczątkowało pierwszą złotą epokę Królewskich), to na dłuższą metę straciły przewagę konkurencyjną. I wkrótce jeden po drugim zaczęły bankrutować.
Naturalnie nie wszystkim zagranicznym piłkarzom powiodło się po krachu tak wspaniale jak Di Stefano. Niektórym nie zapomniano ucieczki dla kasy. Na przykład wspomnianemu wcześniej Charlie’mu Mittenowi w Manchesterze United odmówiono powrotu. A konkretnie uczynił to legendarny Matt Busby. Uznając, że zasady to zasady i w jego zespole nie ma miejsca dla tych, którzy wykazali się nielojalnością. Chcąc nie chcąc Mitten wylądował więc w Fulham dokąd go wytransferowano i w którym odbudował karierę. Choć akurat ten „syn marnotrawny” wrócił na łono ojczyzny już w 1951 roku (ponoć ze względu na tęskniącą za domem żonę, zapewne wpływ na decyzję Mittenów miało też to co działo się wokół, czyli La Violencia), a więc jeszcze zanim „El Dorado” się zawaliło.

Cóż… Wniosek z tej historii taki, że granie no nosie władzom i paktowanie z nimi przez właścicieli klubów w celu uzyskania jak największych ustępstw, czemu służył międzynarodowy rozmach ich przedsięwzięcia, było praktyką stosowaną w kolumbijskiej piłce na długo przed erą tzw. „narkofutbolu”. A baronowie narkotykowi czerpali z doświadczeń poprzedników garściami. Choć oba epizody miały ostatecznie swe bolesne finały. Z ich skutków zaś futbol w kraju kawy podnosił się latami.
America Cali nie była pierwszym kolumbijskim zespołem, w który zainwestowano pieniądze z narkotyków. Jak twierdzi Arrowsmith jeszcze na początku lat siedemdziesiątych grupa trudniąca się przemytem marihuany z niejakim Eduardo Davilą Armentą na czele przejęła klub Union Magdalena z karaibskiej części kraju. To właśnie stamtąd wyfrunął w świat być może największy gwiazdor w dziejach kolumbijskiej piłki, Carlos Valderrama, słynny oprócz nietuzinkowych umiejętności także z ekscentrycznej fryzury.

Jednak to dopiero kokainowy boom sprawił, że liga ponownie zaczęła przeżywać złote lata. I mimo, że – jak wiemy – towarzyszyły temu także inne, nieporównywalne z wcześniejszą epoką okoliczności, to jednak baronowie osiągnęli to, co nie udało się ich poprzednikom. Osiągnęli mianowicie niekwestionowany (przynajmniej formalnie) sukces na arenie międzynarodowej. Kiedy klub Pabla Escobara – Atletico Nacional Medellin po zdobyciu upragnionego Copa Libertadores stanął w szranki z wielkim Milanem o tytuł najlepszej drużyny świata, był dosłownie o krok od sprawienia wielkiej sensacji. Ulegając stworzonemu przez Silvio Berlusconiego potworowi dopiero w dogrywce. Mecz o Puchar Interkontynentalny odbył się w Tokio w grudniu 1989 roku. Zaledwie miesiąc po zamordowaniu sędziego Ortegi. Wziąwszy pod uwagę nazwiska właścicieli obu zespołów, wiele nam to mówi o ówczesnej piłce nożnej. O jej związkach z wielką polityką, metodach osiągania celów i nabierającym tempa procesie komercjalizacji, w którym ci dwaj potężni ludzie dziś symbolizują jedynie pewien etap.
Między 1979 a 1994 rokiem, czyli klamrami spinającymi umownie epokę „narkofutbolu” tylko trzykrotnie zdarzyło się by po tytuł mistrzowski w Kolumbii nie sięgnęła drużyna należąca do któregoś z karteli. Za pierwszym razem w 1980 roku, gdy nowa inwestycja braci Rodriguez Orejuela – America Cali jeszcze nie okrzepła i nie udało jej się ponownie zameldować na pierwszym miejscu, dokonała tego ekipa Atletico Junior Barranquilla. W ujęciu historycznym to jeden z najbardziej utytułowanych klubów w kraju, a w jego karaibskiej części obiekt westchnień o wiele popularniejszy niż Union Magdalena. Zapewne właśnie dlatego, gdy piłkarze z Barranquilli w 1993 roku zdobyli tytuł po raz kolejny, to w ich szeregach a nie tam, gdzie zaczynał karierę, występował wspomniany Carlos Valderrama, który via Deportivo Independiente Medellin trafił do Junior po powrocie z europejskich wojaży. Inna sprawa, że środki z jego szlagierowego transferu z DIM zasiliły de facto kasę Escobara. Był to już jednak jego schyłek, a najsłynniejszy baron narkotykowy w dziejach zamieniał się właśnie w ściganą przez wszystkich zwierzynę. Trzeci zaś przypadek stanowiło bezprecedensowe niewyłanianie zwycięzcy rozgrywek zatrzymanych po zamachu na sędziego Ortegę. Zważywszy więc, że w owym czasie jedynie klub z Karaibów potrafił na serio rzucić rękawicę Nacionalowi, Millonarios i zwłaszcza Americe, która w latach 1982-86 sięgała po tytuł mistrzowski pięć razy z rzędu, trudno nie zauważyć, że baronowie także w piłce nożnej osiągali swoje cele. Inna sprawa to metody jakimi się posługiwali.
Wspomniany na początku sędzia Diaz, będący świadkiem egzekucji Ortegi, na wieść o porwaniu innego kolegi po fachu, Armando Pereza co miało miejsce w listopadzie 1988 roku, wypowiedział profetyczne słowa o tym, że kartelom coraz jawniej wpływającym na wyniki meczów za pomocą groźby lub przekupstwa, pozostało już tylko zamordowanie jakiegoś arbitra. Jako przestrogę i ostrzeżenie dla innych. By nie przyszło im do głowy podejmować decyzji, które mogłyby się komuś ważnemu nie spodobać. Jak wiemy, jego przepowiednia zmaterializowała się rok później.
Sędzia Perez został porwany w chwili, gdy wojna między narkotykowymi potęgami rozkręcała się na dobre. O ile jednak w przestrzeni publicznej wyrażała się wówczas głównie poprzez zaciekłą rywalizację pomiędzy kartelami z Cali i Medellin, której ofiarami padali także przypadkowi ludzie, to na boisku walczyli wszyscy ze wszystkimi. Nie było żadnych sentymentów. A fakt, że taki na przykład „El Mexicano” Gacha był partnerem Escobara w interesach nie miał najmniejszego znaczenia. Millonarios mieli być lepsi i już. Nawet za cenę zastraszenia czy przekupienia arbitra sędziującego spotkanie należących do nich drużyn. I dla obu baronów było to jasne jak słońce. Obaj ten fakt akceptowali. Co jednak mieli powiedzieć sędziowie, gdy z dwóch stron przykładano im do głowy pistolety? Lub kazano wybierać między jedną a drugą kopertą z pieniędzmi? W pewnym momencie mieli dość stawania przed tym diabelskim dylematem. I postanowili zastrajkować. Wbrew zblatowanym z kartelami władzom sędziowskiego kolegium w federacji. Ogłosili swą decyzję 31 października 1988 roku. Na reakcję drugiej strony nie trzeba było czekać. Dwa dni później kilku uzbrojonych mężczyzn uprowadziło Pereza i przez wiele godzin woziło z zasłoniętymi oczyma ulicami Medellin naprzemiennie grożąc mu śmiercią i przestrzegając by arbitrzy nie próbowali się stawiać. To właśnie wówczas, gdy Perez został już uwolniony, sędzia Diaz przepowiedział, że kolejnym krokiem będzie zabicie jednego z nich. I jak się miało okazać nie tylko prawidłowo ocenił sytuację, ale i sam stał się tego morderstwa świadkiem.
Tymczasem Millonarios rzeczywiście okazali się najlepsi w lidze. Dokonali tego dwa razy z rzędu w latach 1987 i 88. „El Mexicano” mógł więc świętować. Jego ukochani Milionerzy, podobnie jak inne będące we władaniu karteli kluby: Atletico Nacional i Deportivo Independiente z Medellin, America Cali braci Rodriguez, czy należące do sprzymierzonego z nimi kolejnego narkotykowego bossa Phanora Arizabalety-Arzayusa, Santa Fe, przeniosły sportową rywalizację w nieznany nigdzie indziej na świecie wymiar. Podobnie jak Escobar przeniósł w inny wymiar swą wojnę z państwem. W obu zaś tych wymiarach poczynania narko-magnatów znalazły bezsprzecznie wielu zwolenników. Czy naiwnością będzie postawienie pytania, o to kto ostatecznie za owe miraże zapłacił? Przypomnijmy, że Pablo Escobar Gaviria rozpoczynał najpierw przestępczą, a później polityczną karierę od przemożnego pragnienia objęcia w przyszłości funkcji prezydenta. Co by było, gdyby mu się udało?
A jednak mimo całego swego okrucieństwa i brutalności bywało, że „narkofutbol” ofiarowywał Kolumbijczykom na złotej tacy dumę. I autentycznie jednoczył wokół siebie rozkochane w piłce społeczeństwo. Mimo, że na wszystkich innych polach targały nim od pokoleń krwawe konflikty, a także spadały na niego plagi i kataklizmy, co w przenikliwy, a jednocześnie urzekająco piękny i pełen miłości sposób przedstawił w „Stu latach samotności” Gabriel Garcia Marquez, czyniąc symbolem Kolumbii, a może i całej Ameryki Łacińskiej fikcyjną osadę Macondo, która choć na przestrzeni lat rozrastała się i przeobrażała, to jednak ciążący na niej grzech pierworodny w nieuchronnym zderzeniu ze światem zewnętrznym uniemożliwiał jej przetrwanie. Powieść noblisty określana przez wielu drugim po „Don Kichocie” Cervantesa arcydziełem hiszpańskojęzycznej literatury przyniosła mu splendor i ogólnoświatową sławę. W powszechnym odbiorze to jednak nie dzieło życia Marqueza, lecz spuścizna innego Kolumbijczyka okazała się popularniejsza i przyciągnęła o wiele większe zainteresowanie. Do czego przyczynił się bez wątpienia wspomniany w poprzednim odcinku tej opowieści serial „Narcos”. Nawiasem mówiąc ten sam Netfilix, który zainicjował renesans popularności Escobara i innych baronów narkotykowych, stoi również za zaskakująco wierną i pełną epickiego rozmachu adaptacją „Stu lat samotności”. Komuś kto nie czytał książki produkcja ta oferuje zanurzenie się w fascynującej, rozpisanej na kilka pokoleń historii Macondo i jego mieszkańców, wiernym czytelnikom Marqueza zaś umożliwia skonfrontowanie wykreowanego przez niego świata i swych własnych wyobrażeń o nim z wizją stworzoną przez filmowców. Choć porusza ona tematy nierozerwalnie związane z Kolumbią i kontynentem, którego kraj ten jest częścią, to jednak w gruncie rzeczy jest opowieścią uniwersalną. O napędzających nas od jednostki po zbiorowość namiętnościach. A jej nieodłącznym elementem – gdyby toczyła się dalej – byliby ludzie pokroju Escobara. Który, cokolwiek by o nim nie mówić, świetnie te namiętności i stojące za nimi motywacje rozumiał. Dlatego, gdy jego Atletico Nacional Medellin jako pierwsza kolumbijska drużyna klubowa w historii sięgnęła po Copa Libertadores było to przedstawiane jako tryumf całego kraju. Tryumf – dodajmy – długo wyczekiwany.
Od czasu ustanowienia Pucharu Wyzwolicieli aż do końca lat osiemdziesiątych kolumbijskie drużyny czterokrotnie docierały do finału tych rozgrywek i za każdym razem schodziły z placu boju pokonane. Gdy w 1978 roku, Deportivo Cali wyraźnie uległo potężnemu Boca Juniors dla nikogo nie mogło to stanowić zaskoczenia, choć zapewne marzenia o utarciu nosów faworytom tliły się w sercach wielu kibiców. Kiedy jednak w latach 85-87 inny klub z Cali, America, dofinansowana pieniędzmi lokalnego kartelu, trzykrotnie z rzędu docierała niemal na sam szczyt i za każdym razem przed zdobyciem tego szczytu była z niego strącana przez rywali, Kolumbijczycy mieli prawo powziąć przypuszczenie, że zawisło nad nimi fatum. Zaś dla władz calijskiego kartelu zwycięstwo w kontynentalnych rozgrywkach stało się prawdziwą obsesją. Porażkę z River Plate w 1986 roku zapewne mogłyby jeszcze jakoś przełknąć. Cóż, drugi z argentyńskich gigantów po prostu okazał się zbyt mocny. Podobnie jak czterokrotny zdobywca Pucharu Wyzwolicieli – Penarol Montevideo rok później. Kiedy jednak na drodze Ameriki stanęli Argentinos Juniors, a więc klub znacznie skromniejszy, nie tylko na kontynencie, czy w kraju, ale nawet w samym Buenos Aires notowany o wiele niżej od potężnych rywali, w dodatku klub ten finałowy dwumecz przeciwko ekipie z Cali rozstrzygnął na swoją korzyść dopiero w konkursie jedenastek, zarówno „narkobaronowie” jak i wszyscy ściskający kciuki za ich drużynę Kolumbijczycy, przeżyli zapewne ogromne rozczarowanie.
I dopiero za piątym razem, dzięki innemu handlarzowi narkotyków i jego splamionym krwią pieniądzom się udało. Po wyśnionego Świętego Graala w 1989 roku sięgnęło Atletico Nacional. Jednak, mimo, że komentator telewizyjnej transmisji z drugiego z finałowych meczów przeciwko Olimpii Asuncion, ze względu na gigantyczne zainteresowanie i znacznie większą pojemność stadionu przeniesionego z Medellin do Bogoty, wykrzykiwał w ekstazie po strzelonych przez gospodarzy bramkach „Gol de Colombia! Gol de Colombia!”, to w istocie fetował coś, co powinno raczej budzić obrzydzenie i odrazę, a nie wywoływać ogólnokrajową euforię. Pablo Escobar, jak możemy się bowiem domyślać niczego nie pozostawiał przypadkowi. I zasadę plata o plomo przeniósł z rodzimych ulic, boisk i gabinetów do międzynarodowych rozgrywek. Już w ćwierćfinałowej rywalizacji z – o ironio – innym klubem finansowanym przez kartel z Medellin, a więc aktualnym mistrzem kraju i drugim reprezentantem Kolumbii w Copa Libertadores, Millonarios Bogota doszło do kontrowersyjnych zdarzeń z udziałem arbitrów, oraz dziwnej boiskowej indolencji przynajmniej niektórych z boiskowych przeciwników. Kolejny rywal Nacionalu – urugwajskie Danubio zostało w dwumeczu rozwalcowane 6-0. O tym, że wysłannicy Escobara wśród których był jego najsłynniejszy sicario John Jairo Velásquez lepiej znany jako Popeye złożyli ofertę nie do odrzucenia obsadzie sędziowskiej rozgrywanego w Kolumbii spotkania rewanżowego wiemy z licznych późniejszych relacji. Czy to samo spotkało urugwajskich zawodników? Nie ma na to dowodów. Jednak porażka 0-6 w Medellin świadczy o tym, że mieli spętane nogi.
Finałowym przeciwnikiem Nacionalu była, jak wspomnieliśmy Olimpia Asuncion. Klub renomowany, w rodzimej paragwajskiej lidze wręcz rozstawiający rywali po kątach, w skali kontynentalnej zaś może nie gigant ze ścisłego topu, lecz taki z którym na pewno należy się liczyć. W dodatku akurat wkraczający w swój złoty okres, kiedy to trzy razy z rzędu docierał do ścisłego finału najważniejszych południowoamerykańskich rozgrywek. Mający też w przeciwieństwie do Nacionalu jakieś doświadczenie na tym szczeblu, bo w 1979 roku je wygrał. A jeszcze wcześniej, w ich inauguracyjnej edycji wystąpił w finale. Choć u progu ostatniej dekady XX wieku rok 1960 to już była zamierzchła przeszłość.
Pierwszy mecz w Asuncion zakończył się wynikiem 2-0 dla gospodarzy. W rewanżu zatem podopieczni trenera Maturany, któremu poświęcimy w dalszej części jeszcze sporo uwagi, musieli odrabiać straty. Czy Pablo Escobar relaksujący się chwilową pauzą w toczonej z całym światem wojnie i osobiście dopingujący swych piłkarzy z trybun wypełnionego do ostatniego miejsca stadionu w Bogocie gotów był pogodzić się z ewentualnym niepowodzeniem? Nie żartujmy. Po prostu linia frontu przebiegała tego dnia w poprzek boiska. A zawodnicy Atletico Nacional byli jego żołnierzami. Podobnie jak we wszystkich innych bitwach, które dotąd stoczył, narkotykowy boss za wszelką cenę pragnął udowodnić kto jest lepszy.
Dlatego nikogo nie powinno dziwić, że i tym razem sięgnął po wielokrotnie wypróbowaną metodę. Plata o plomo. Dziwne byłoby raczej, gdyby w najbardziej doniosłym momencie w historii należącego do niego klubu, gdy wielki sukces był na wyciągnięcie ręki, postanowił nagle z niej zrezygnować. Tyle tylko, że tym razem przysłana z Argentyny trójka sędziowska z Juanem Carlosem Loustau jako głównym, nie ugięła się przed diabelskim dylematem. I odmówiła przyjęcia walizki z pieniędzmi. Mimo, że jak czytamy w cytowanej już książce Arrowsmitha, Popeye lub inny sicario przysłany przez kartel, wtargnąwszy do restauracji, w której arbitrzy spędzali wieczór poprzedzający mecz, warknął do nich złowieszczo: „Jeśli Atletico Nacional nie wygra, wracacie do domu w trumnach”.
35 tysięcy kibiców, przybyłych autokarami z Medellin by obejrzeć to spotkanie w asyście pozostałych widzów, w tym także samego Pabla Escobara, przez całą pierwszą połowę nie doczekało się bramek. Mimo, że nie szczędzono gardeł i ponad 50-tysięczny Estadio El Campin wrzał niczym wulkan przed wybuchem za każdym razem, gdy piłkarze Nacionalu próbujący przełamać zwartą obronę przeciwnika stwarzali choć cień zagrożenia w jego polu karnym. Lecz pominąwszy dwie lub trzy dogodne sytuacje, choć robili duszu szumu, w istocie niewiele z ich starań wynikało.
Przełamanie nastąpiło wkrótce po wznowieniu gry. Zamieszanie pod bramką gości i samobój. A gdy w 65 minucie gospodarze trafili po raz drugi, stadion eksplodował. Straty zostały odrobione. Chyba każdy, kto był wówczas na trybunach i przeżywał tę euforię, oczyma wyobraźni już widział zawodników w zielonych koszulkach odbywających wokół boiska rundę honorową z wyśnionym, wymarzonym, wytęsknionym od lat pucharem. Trzeci gol wydawał się jedynie kwestią czasu. Jednak minuty upływały, a wynik spotkania się nie zmieniał. Kolumbijscy piłkarze (nie było wśród nich ani jednego obcokrajowca) musieli uważać by samemu nie stracić bramki, która zniweczyłaby ich wysiłek. I pogruchotała marzenia o zdobyciu trofeum.
Gdy sędzia Loustau użył gwizdka po raz ostatni, stało się jasne, że kolejnego zdobywcę Copa Libertadores wyłonią rzuty karne. Regulamin nie przewidywał dogrywki. Karne to jak wiadomo loteria, bywają nazywane rosyjską ruletką. Napięcie strzelca i ściskającej za niego kciuki publiczności sięga wówczas zenitu. Nie ma sensu przywoływać historii z tym związanych. Nieraz szalonych, niespodziewanych, czy wręcz trudnych do ogarnięcia rozumem. Lecz to co się wydarzyło tamtego wieczoru w Bogocie mogło doprowadzić widzów na skraj obłędu. I z całą pewnością wywołało u Pabla Escobara palpitację serca. A może nawet omal nie wybawiło od kłopotów wszystkich jego wrogów. Cóż… Byłoby to iście szekspirowskie zakończenie. Król umierający w chwili najdonioślejszego tryumfu na wybudowanej przez siebie scenie.
Pierwszy do piłki podszedł bramkarz Olimpii Almeida. Lecz nie po to by chwycić ją w rękawice i szepcząc pod nosem zaklęcie rzucić na nią urok by omijała strzeżony przez niego bastion, lecz z zamiarem skutecznego wykonania rzutu karnego. I otworzenia wyniku. Widocznie tak było w rozpisce, a trener uznał, że jest jednym z jego najbardziej odpornych psychicznie zawodników. Ale bronić jedenastki to całkiem co innego niż je egzekwować. Wszystko rozstrzyga się w głowie strzelca. Gdy nogi stają się jak z ołowiu, a maleńka bramka majaczy w oddali. Zwłaszcza kiedy stawka jest tak wielka. Więc Almeidę przerosła. Golkiper Nacionalu – Rene Higuita jak by zawczasu wiedział, gdzie zostanie posłana piłka i w spektakularny sposób obronił. Zresztą wszystko co Higuita przez całą karierę robił na boisku i poza nim było spektakularne. On po prostu urodził się showmanem.
Teraz przyszedł czas na zawodników w zielonych koszulkach. Wyznaczony przez trenera Maturanę jako pierwszy, obrońca Andres Escobar – mimo młodego wieku chłodny i opanowany – zniósł presję jak by była czymś całkowicie naturalnym. Ciepłym promieniem słońca na karku lub brzmieniem imienia najlepszej przyjaciółki i kochanki. Jak by to był trening a nie tętniący tumultem stadion. Pewny strzał, gol. Po pierwszej serii jeden do zera. Nie dość, że Nacional prowadził, to jeszcze Higuita zyskał ogromną przewagę psychologiczną nad bramkarzem rywali. Obaj z Escobarem perfekcyjnie wykonali swoją robotę. Różni jak ogień i woda wkrótce staną się głównymi bohaterami tej opowieści.
Pięciu następnych zawodników uderzało skutecznie. Jednak w przedostatniej serii pomylił się pomocnik gospodarzy Alexis Garcia. Kapitan, na którego zawsze można było liczyć, zawiódł w najważniejszym momencie. Wykonał swój rzut karny fatalnie. Zbyt lekko, niemal w sam środek, właściwie podając piłkę bramkarzowi. A ponieważ ostatni, piąty w kolejności strzelec Olimpii nie zwracając uwagi na szalejącego na linii Higuitę, pewnie znalazł drogę do siatki, sytuacja nagle odwróciła się o 180 stopni. Teraz to Nacional musiał trafić, aby pozostać w grze.
Do piłki podszedł… Tak, dobrze się państwo domyślacie. Sam Rene Higuita. Zapewne pośród wielotysięcznego tłumu zgromadzonego na stadionie nie było ani jednego człowieka, który by nie zadawał sobie pytania: Czy trafi? Czy po raz drugi wygra wojnę nerwów z Almeidą? Jezus Maria… Przenajświętsza Panienko… Święty Pawle, patronie uciśnionych, dopomóż. Wszyscy na trybunach wstrzymali oddech… Cała Kolumbia go wstrzymała, cała Bogota, całe Medellin.
Kiedy piłka po strzale Higuity w sam środek bramki omal nie rozerwała siatki, wszystkim bez wyjątku spadł potężny głaz z serca. Długowłosy golkiper uwolnił przy tym uderzeniu chyba całą kumulowaną przez 90 minut energię. Jeśli jednak ktoś myślał, że teraz pójdzie już z górki, srogo się pomylił. Szaleństwo miało się dopiero zacząć. I niejednemu świadkowi tego widowiska kompletnie zdewastować psychikę.
Bez zbędnej zwłoki wyjaśnijmy, że kolejnych siedmiu egzekutorów uderzało nieskutecznie przegrywając wojnę nerwów z bramkarzami, czy raczej z przygniatającą presją i stresem. Siedem nieudanych prób z rzędu oznaczało, że piłkarze Nacionalu aż czterokrotnie stawali przed szansą zamknięcia rywalizacji. I dopiero ostatniemu z nich, Leonelowi Alvarezowi się udało. On jeden zachował przytomność umysłu i tuż przed strzałem zatrzymał się na ułamek sekundy by spojrzeć w którą stronę ruszy bramkarz. Gdy piłka ugrzęzła w siatce na trybunach wybuchła euforia. „Colombia campeon de America! Colombia campeon continental!” – darł się wniebogłosy wzruszony komentator telewizyjnej transmisji. Zapewne w tej euforycznej chwili i sam Pablo Escobar pozwolił sobie na łzy szczęścia. Lecz nie ma się co dziwić. Spełnił marzenie, którym żył od dzieciństwa. I tylko on jeden wiedział jak wiele musiał zrobić, i jak daleką drogę przebyć, żeby się ono ziściło.
Jak dowiadujemy się z książki Arrowsmitha, tuż po meczu, gdy pierwsza euforia minęła, Escobar wpadł we wściekłość. Nakazał Popeye’owi przywlec przed swe oblicze sędziego Loustau. Uprowadzony z hotelu arbiter, który zgodnie z planem następnego ranka miał wrócić do kraju, zapewne żegnał się właśnie z życiem. Huk petard, fajerwerków i wystrzałów z broni palnej towarzyszących fetowaniu sukcesu przez radosny tłum na ulicach, w przewrotny sposób korespondował z tym co się miało za chwilę zdarzyć. I stanowił dźwiękowe tło spodziewanej zbrodni. Ostatniego wystrzału Loustau już nie usłyszy. Gdyż będzie to kula przeznaczona dla niego. Możemy domniemywać, że właśnie takie myśli przebiegały mu wówczas przez głowę. Gdy wieziono go ulicami Bogoty by rzucić na pożarcie rozeźlonemu „narkobaronowi”. Dlaczego rozeźlonemu? Przecież mimo nerwowej końcówki Nacional ostatecznie zwyciężył i sięgnął po trofeum. Jednak to ta właśnie końcówka, w wyniku której na kruczoczarnej czuprynie Escobara pojawiły się siwe włosy, wywołała jego gniew. Bo czyż nie ostrzegał arbitra przed meczem, że ma zrobić wszystko by kolumbijska drużyna była górą? Tymczasem Loustau sędziował uczciwie. I swymi nierozsądnymi decyzjami spowodował, że losy tytułu ważyły się do ostatniej chwili. Szef kartelu obrzucił sędziego stekiem wyzwisk dając upust złym emocjom, lecz ostatecznie darował mu życie i puścił wolno. Argentyńczyk w skrytości ducha czuł pewnie wdzięczność, że Andres Escobar, Leonel Alvarez czy zwłaszcza Rene Higuita tak dobrze się spisali w owej rosyjskiej ruletce, której sam mógł paść ofiarą.
Młody Andres nie był spokrewniony z Pablem Escobarem. Po prostu nosili to samo nazwisko. Zarówno on, jak i wymienieni wyżej zawodnicy stanowili obok Luisa „Chonto” Herrery oraz kapitana Alexisa Garcii, trzon zespołu prowadzonego przez dopiero rozpoczynającego karierę szkoleniowca Francisco Maturanę, w przeszłości wieloletniego gracza Nacionalu. Jednak tak dobrze zapowiadającego się w nowej roli, że równolegle powierzono mu stery w reprezentacji Kolumbii. W reprezentacji, w której Higuita, Escobar, Alvarez i Herrera grali obok największych gwiazdorów: Carlosa Valderamy, Freddy’ego Rincona, czy nieco później Faustina Asprilli pierwsze skrzypce. Nawiasem mówiąc to właśnie z Atletico Nacional, Asprilla wyruszył ku międzynarodowej karierze, w 1992 roku przenosząc się do Parmy. Ci wszyscy gracze stanowili o sile kolumbijskiej piłki. Uczestnicząc w jej drugiej po „El Dorado” złotej epoce. Choć jak wiemy, niewolnej od mrocznych, czy wręcz tragicznych zdarzeń, których kulminacją było zabójstwo Andresa Escobara po powrocie z mundialu w Stanach Zjednoczonych w 1994 roku.
Póki co jednak kolumbijski futbol piął się ku górze. A Pablo Escobar uważał swych piłkarzy za przyjaciół. Zazwyczaj z wzajemnością. Zwłaszcza Rene Higuita pozostawał z nim w zażyłych stosunkach. Bossowi kartelu z Medellin, udało się to, czego przez lata, mimo wielu prób i wysiłków nie osiągnęli jego konkurenci. Udało mu się podarować Kolumbijczykom dumę. Choć na chwilę ich autentycznie uszczęśliwić. Gdy postawił przed nimi Puchar Wyzwolicieli i rzekł: Patrzcie, oto on. Teraz należy do was.
Ciekawe co wówczas myśleli szefowie kartelu z Cali? Czy radowali się wraz z innymi i zwyciężyły w nich uczucia patriotyczne, czy wręcz przeciwnie, sukces rywala piekł ich ambicję niczym otwarta rana? A może jedno i drugie? Niezbadane są meandry psychiki handlarzy narkotyków.
W czerwcu 1999 roku, gdy bracia Rodriguez czekali już od dawna w więzieniu na ekstradycję do Stanów, wciąż – nawet zza krat – angażując się w swą przestępczą działalność, symboliczny cios zadał im Departament Skarbu USA wpisując ich ukochany klub – Americę Cali na listę osób i firm powiązanych z organizacjami zagrażającymi narodowemu bezpieczeństwu za jakie uznano kartele. Czyli tak zwaną Listę Clintona. Więc jeśli ktoś przywiązuje wagę do symboli, przyjmijmy, że epoka „narkofutbolu” ostatecznie dobiegła końca pięć i pół roku po tym jak Pablo Escobar wyzionął ducha na dachu jednego z medellińskich budynków zastrzelony podczas próby ucieczki. I niewiele mniej od zabójstwa drugiego najsłynniejszego człowieka o tym nazwisku – reprezentacyjnego stopera Andresa. Takiemu postawieniu sprawy sprzyjałby fakt, że jeszcze w 1996 roku America wystąpiła w finale Copa Libertadores, w którym po raz kolejny uległa wielkiemu River Plate, a rok później ponownie tryumfowała w lidze. Aresztowani bowiem czy nie, bracia Rodriguez z pewnością nie przestali pociągać za sznurki i dopiero wspomniana decyzja Departamentu Skarbu przesądziła o tym, kto tę próbę sił ostatecznie wygrał. Przynajmniej, jeśli chodzi o rozstrzygnięcia na boisku.
Dla klubu z Cali, choć w latach 2000-2002 jak na ironię jeszcze trzykrotnie sięgał po mistrzostwo (z czego trzeci tytuł w wyniku reformy rozgrywek został przyznany za tzw. Aperturę, czyli pierwszą fazę sezonu), wpisanie na listę okazało się początkiem prawdziwej katastrofy naznaczonej degradacją, bankructwem i mozolnym odbudowywaniem się. Aż w końcu powrotem na szczyt. Ale to już materiał na inne opowiadanie.
—
„U wylotu drogi z moczarów umieszczono napis: Macondo, a nieco dalej inny, większy, przy głównej ulicy: Bóg istnieje. We wszystkich domach opracowano klucze dla utrwalenia w pamięci przedmiotów i uczuć. Ale system ten wymagał takiej czujności i takiej siły moralnej, że wiele osób uległo czarowi rzeczywistości wyimaginowanej, którą sami wymyślili i która była mniej praktyczna, ale za to wygodniejsza i bardziej pocieszająca. Do rozpowszechnienia tej mistyfikacji szczególnie przyczyniła się Pilar Ternera, gdy wpadła na pomysł odczytywania przeszłości z kart, tak jak dawniej odczytywała z nich przyszłość”.
– Gabriel Garcia Marquez – „Sto lat samotności”
Scena trzecia
Jest druga połowa czerwca 1994 roku. W niedawno rozpoczętych mistrzostwach świata w USA trwają rozgrywki grupowe. Reprezentanci kolumbijskiej drużyny narodowej skoszarowani w hotelu mierzą się z ogromną presją. W pierwszym meczu mimo ambitnej gry nieoczekiwanie przegrali z Rumunią. Choć sam Pele wskazywał ich jako potencjalnego kandydata do tryumfu w całych mistrzostwach. W tonącej w słońcu kalifornijskiej Pasadenie, nikomu z nich nie przyszło jednak do głowy by skorzystać z uroków pogody i zrelaksować się w basenie, o wycieczce nad ocean czy innych aktywnościach nie wspominając. Siedzą zamknięci w pokojach z oknami szczelnie zasłoniętymi kotarami. Nastroje są grobowe. Mimo, że niczego jeszcze definitywnie nie przegrali. I wciąż mogą awansować z grupy. Jednak z kraju napływają fatalne wiadomości. I pogróżki. Ktoś włamał się do systemu obsługującego hotelową telewizję i zawodnikom na ekranach zamiast standardowej ramówki wyświetlają się groźby pod ich adresem. Ultimatum brzmi mniej więcej w ten sposób: jeśli w następnym meczu przeciwko USA nie odniesiecie przekonującego zwycięstwa, ktoś może zginąć.
Trenerowi Francisco Maturanie jacyś domorośli stratedzy taktyczni próbują mieszać w składzie. Tyle, że owych strategów nie można lekceważyć. Są brutalnymi bandytami należącymi do najbardziej niebezpiecznych organizacji przestępczych na świecie. Kolumbijskich karteli narkotykowych. Po śmierci Pablo Escobara, zanim kartel z Cali zmonopolizował rynek i w jakimś sensie uporządkował sytuację, nastał okres chaosu i jeszcze większej niepewności niż dotąd. Nie wiadomo było kto jest kim, kto komu sprzyja i kto jest czyim wrogiem. Oraz skąd może nadciągnąć niebezpieczeństwo. Czy raczej skąd nie nadciągnie – to było o wiele łatwiej przewidzieć. Do hotelu przychodzą faksy z różnymi wersjami składu. Rozdzwaniają się telefony z pogróżkami. Bandyci zażądali posadzenia na ławce rezerwowych Gabriela Gomeza, przez wszystkie 14 lat zawodowej kariery występującego wyłącznie w klubach należących do kartelu z Medellin, a więc w Atletico Nacional, Deportivo Independiente oraz w Millonarios. W takiej atmosferze Maturana ze swym asystentem Hernanem Dario Gomezem, starszym bratem Gabriela, przygotowują drużynę do pojedynku z Amerykanami. I ostatecznie uginają się pod nieludzką presją, gdy zagrożono im, że jeśli zawodnik wybiegnie w podstawowym składzie eksplodują ich rodzinne domy. Gomez mecz z gospodarzami rozpoczyna na ławce. I ani na moment nie pojawia się na boisku.
Jakby tego było mało, dzień po spotkaniu z Rumunią jednego z piłkarzy, „Chonto” Herrerę spotyka ogromna tragedia. W wypadku samochodowym na drodze pomiędzy Bogotą a Medellin ginie jego brat. Zanim wyjaśni się faktyczna przyczyna śmierci, Herrera ma prawo podejrzewać, że brat został zamordowany. Chce wracać do domu, by być z rodziną. Ostatecznie jego współlokator z pokoju hotelowego i partner w formacji obronnej, Andres Escobar przekonuje go do zmiany decyzji.
Przed meczem z Amerykanami, obwołanym przez podgrzewające atmosferę lokalne media najważniejszym wydarzeniem w historii piłki nożnej w USA, reprezentanci Kolumbii wpadli w ogromny dołek psychiczny. Gdzieś się ulotniła cała tak charakterystyczna dla nich jako zespołu spontaniczność. I nimb obdarzonych nadprzyrodzonymi umiejętnościami zwycięzców, którzy w spektakularny sposób rozbili w eliminacjach pięć do zera faworyzowaną Argentynę. I to na jej terenie. W Buenos Aires. A tamtejsza publiczność mimo klęski i upokorzenia zgotowała im owację na stojąco. To właśnie wtedy zaczęto wskazywać podopiecznych Maturany jako jednego z faworytów do medali w zbliżającym się mundialu. Tylko, że po porażce z Rumunią nic już z tej atmosfery nie zostało. A porywająca gra, która przyniosła sukces w eliminacjach stała się odległym wspomnieniem.
Spotkanie z gospodarzami od początku nie układało się po myśli Kolumbijczyków. Ich poczynania były niedokładne, rwane, nerwowe. Akcje nie chciały się zazębiać. A kiedy już dochodzili do klarownych sytuacji strzeleckich okazywali się nieskuteczni. Widać było po nich, że mierzą się z ogromną presją. Choć postronni kibice oglądający to spotkanie przed telewizorami w zdecydowanej większości mylili się co do jej charakteru, który jak już wiemy dalece wykraczał poza aspekt sportowy. I nie miał nic wspólnego z normalną boiskową rywalizacją.
Na wypełnionym po brzegi ogromnym stadionie Rose Bowl, będącym na co dzień areną rozgrywek futbolu amerykańskiego, piłkarze USA uskrzydleni dopingiem przeżywającej patriotyczne uniesienie publiczności, choć indywidualnie żaden nie prezentował poziomu choćby zbliżonego do faworyzowanych rywali, jako zespół ambitnie stawiali im czoła. I starali się wykorzystać każdą nadarzającą się okazję do strzelenia gola.
Dopięli swego w 35 minucie. Wówczas to nieszczęśliwie interweniujący Andres Escobar skierował piłkę do własnej bramki. To samobójcze trafienie – jak się miało wkrótce okazać – przyniosło mu zgubę i śmierć. Gdy po powrocie do Kolumbii pragnąc odreagować nieudany mundial został zastrzelony pod jednym z klubów nocnych w rodzinnym Medellin. Post factum wielu uznało owo wyjście na miasto zawodnika – zwłaszcza w takim momencie, gdy przemoc szalała na ulicach, a emocje po przegranych mistrzostwach buzowały – za skrajnie nieodpowiedzialne i ryzykowne. Lecz młody obrońca, słusznie postrzegany dotąd jako wzór rozwagi i roztropności sprzeniewierzył się temu wizerunkowi jakby chcąc wszystkim powiedzieć: Patrzcie, oto jestem. Nigdzie się nie ukrywam. Przemoc nie jest rozwiązaniem.
Ostatecznie mecz w Pasadenie zakończył się wynikiem dwa do jednego dla gospodarzy, którzy rozegrali najlepsze spotkanie w turnieju, prezentując zwłaszcza w drugiej połowie umiejętności, o jakie wcześniej nikt by ich nie podejrzewał. Prowadzący amerykańską kadrę Bora Milutinović ugruntował zaś swą renomę, jeśli nie trenerskiego maga i cudotwórcy, to z pewnością fachowca od zadań specjalnych, zbudowaną podczas poprzednich mundiali, gdy prowadził Meksyk i Kostarykę. Z obiema ekipami co najmniej wychodząc z grupy. A teraz udało mu się to ponownie. Właśnie kosztem Kolumbijczyków. Im bowiem nic już nie dało zwycięstwo w trzecim, ostatnim meczu ze Szwajcarią. Cóż… Wydana przez Ronalda Reagana i kontynuowana przez jego następcę wojna z narkotykami w jakimś sensie przyniosła skutek także na boisku. Choć kto dziś pamięta przebieg tamtego spotkania na Rose Bowl…? W powszechnej świadomości pozostała tylko hańba jaką mimowolnie okrył się futbol po zamordowaniu Escobara. I szok jaki to zabójstwo wywołało. Zapewne w każdym zakątku świata poza Kolumbią.

Andres Escobar należał do złotego pokolenia tamtejszej piłki. Pierwszego, które przywdziewając stroje w narodowych barwach osiągnęło spektakularny sukces. Choć ów krótkotrwały wzlot zakończył się w 1994 roku nie mniej bolesnym upadkiem. Jak cała epoka „narkofutbolu”, której stał się jednym z symboli. Na kolejną tak wspaniałą generację trzeba było czekać długie dwadzieścia lat. I objawienia się talentów Jamesa Rodrigueza, Radamela Falcao, Juana Cuadrado, Davida Ospiny…
Nieudany występ w amerykańskich mistrzostwach był dopiero trzecim startem kolumbijskiej kadry w światowym czempionacie. Debiut, który miał miejsce w 1962 roku na boiskach Chile zakończył się odpadnięciem już po zmaganiach grupowych, a jedynym jego jasnym punktem był brawurowy powrót do żywych ze stanu 0-3 oraz 1-4 w zakończonym ostatecznie rezultatem cztery do czterech meczu ze Związkiem Radzieckim. Niestety remis ze zwycięzcą grupy nic nie dał w obliczu porażek z Urugwajem i Jugosławią. Wstydliwa była zwłaszcza klęska 0-5 z tą ostatnią. Wcześniej – jak pamiętamy – w wyniku konfliktu z FIFA na tle nielegalnego, „pirackiego” statusu ich ligi Kolumbijczycy nawet nie startowali w eliminacjach. A o zamierzchłych przedwojennych czasach nie ma co wspominać, bo w kraju nie było profesjonalnej piłki. Kwestia amatorstwo kontra zawodowstwo w latach 20-tych i 30-tych ubiegłego stulecia jakkolwiek bardzo ciekawa jest zbyt obszerną i skomplikowaną materią, by przybliżać ją w tym miejscu choćby skrótowo. Mimo więc tego, że u jej źródeł znajdziemy rozwiązania wielu fascynujących – zwłaszcza z dzisiejszej perspektywy – zagadek, na przykład tej, dlaczego Urugwajczycy wbrew jasnym wytycznym FIFA ozdabiają swój herb na reprezentacyjnych trykotach czterema zamiast dwóch gwiazdek za oficjalne tytuły mistrzowskie, to jednak jest to materiał na całkiem inną opowieść. Zainteresowanych odsyłamy do monumentalnej, odkrywającej przed czytelnikiem mnóstwo nieznanych dotąd faktów, „Historii Mundiali” Leszka Jarosza.
Na kolejny występ w najważniejszej piłkarskiej imprezie ekipy Los Cafeteros – bo taki przydomek nosi tamtejsza kadra narodowa – trzeba było czekać aż do 1990 roku. A więc apogeum epoki „narkofutbolu”. Kolumbijczycy jechali do Włoch pełni nadziei, ale i ciekawości. Piłkarze, jeszcze młodzi i głodni sukcesu, lecz już doświadczeni, dowodzeni na murawie przez charyzmatycznego dyrygenta gry Carlosa Valderramę i realizujący strategię trenerskiego wizjonera Francisca Maturany, który dopiero co udowodnił swe kompetencje zdobywając z Atletico Nacional Copa Libertadores i w znacznej mierze oparł skład reprezentacji o zawodników tegoż Nacionalu, ci więc gracze, podobnie jak kolumbijska opinia publiczna, sami chyba nie byli pewni na co ich stać. Pamiętajmy, że był to ich pokoleniowy debiut i pierwszy start narodowej drużyny na światowych mistrzostwach od niemal trzech dekad. Trudno było zatem się dziwić takiej postawie. Gdy cztery lata później jako drużyna okrzepli, a w dodatku opromieniała ich wirtuozerska renoma z eliminacji, jechali do Stanów Zjednoczonych po złoto. Przynajmniej w opinii niektórych ekspertów.
Występ we Włoszech zakończył się umiarkowanym sukcesem. Czyli wyjściem z grupy. Wydaje się, że podopieczni Maturany osiągnęli w Italia’90 dokładnie tyle, na ile ich było wówczas stać. Po pokonaniu dwa do zera Zjednoczonych Emiratów Arabskich, znacznie skromniejszej niż poprzednio, bo tylko jednobramkowej porażce z Jugasławią i sensacyjnym, wydartym w ostatnich sekundach remisie z Republiką Federalną Niemiec dzięki bramce nieżyjącego już niestety Freddy’ego Rincona, Kolumbia zajęła trzecie miejsce w grupie, co dało jej przepustkę do dalszych gier. Na jej drodze stanął wtedy rewelacyjny Kamerun z przeżywającym drugą, a może i trzecią młodość Rogerem Millą. Asem atutowym afrykańskiej drużyny rozpoczynającym mecze na ławce. Zwycięstwo rywali stosunkiem dwa do jednego rozstrzygnęło się dopiero w dogrywce, a oba gole zdobył dla nich niezawodny Milla, który wraz z całą ekipą Nieposkromionych Lwów stał się jednym z największych objawień turnieju. Choć dokonał tego w wieku przedemerytalnym. A Los Cafeteros…? No cóż. Ci mogli z podniesionymi głowami wrócić do domu. Zremisowali wszak po ambitnej walce z – jak się miało okazać – nowo koronowanymi mistrzami świata. I zarazem ekipą, która na każdym z trzech ostatnich mundiali począwszy od 82 roku docierała do ścisłego finału. Z niemieckim walcem rozjeżdżającym we Włoszech wszystko i wszystkich. A gdy silnik owego potwora na chwilę dostawał zadyszki lub natrafiał na zaciekły opór – jak w półfinale z Anglią – skutecznie łamał go do ostatnich sekund. I koniec końców wychodził z rywalizacji zwycięski. Nikła zaś porażka Kolumbijczyków z wkraczającym w dorosłość fenomenalnym jugosłowiańskim pokoleniem, zdaniem wielu posiadającym obok Brazylii z lat 82-86 największe spośród drużyn, którym nie dane było sięgnąć po tytuł, stężenie talentu i piłkarskiej jakości na metr kwadratowy boiska, musiała być przez Valderramę, Higuitę i spółkę wkalkulowana w koszty. Wziąwszy to wszystko pod uwagę podopieczni trenera Maturany nie mieli powodu się swego występu wstydzić.
Wspomniane przed chwilą w kontekście bajecznych występów Canarinhos lata 1982-86 spinane turniejami w Hiszpanii i Meksyku to w opinii niektórych najromantyczniejszy i najgłębiej nacechowany wyrafinowanym pięknem gry jako takiej okres międzynarodowych zmagań futbolowych reprezentacji. Choć oczywiście wciąż pamięta się też zdarzenia będące owego zjawiska antytezą. Jak choćby mecz hańby RFN – Austria. Czy „Rękę Boga”, która zapewne całemu pokoleniu Anglików doskwierać będzie do końca ich dni jak piekąca rana. Jednak cudownie rozwijająca ataki Brazylia Zico i Socratesa, doskonała Francja Platiniego, czy wreszcie Argentyna najznakomitszego z nich wszystkich Maradony, dostarczające widzom niezapomnianych spektakli i wrażeń wszystko rekompensowały. To ich pełną rozmachu grę chce się wspominać. A nie bandycki faul Schumachera na Battistonie.
Mało kto już dziś pamięta, że mundial z roku 86 miał się pierwotnie odbyć w Kolumbii. FIFA powierzyła jej organizację turnieju w roli gospodarza niemal dokładnie 12 lat wcześniej. W czerwcu 1974. I to w Bogocie, a nie w Mexico City (lub jak kto woli Ciudad de Mexico) powinno nastąpić jego otwarcie i finał. Albo eksplozja geniuszu Boga Futbolu we wspomnianym ćwierćfinale z Anglią. To Medellin i Cali zamiast Monterrey czy Guadalajary powinny gościć kibiców podczas innych spotkań. Na przykład epicką wymianę ciosów między Brazylią a Francją w drugiej części drabinki.
Z dzisiejszej perspektywy wydaje się, że 12 lat to wystarczająco dużo czasu na przygotowania. Nawet wziąwszy pod uwagę ogrom niezbędnych nakładów i rozmach imprezy, która w międzyczasie rozrosła się do turnieju 24-zespołowego. A więcej drużyn to więcej stadionów, więcej pokoi hotelowych dla przybyszów, więcej połączeń drogowych, kolejowych i lotniczych, więcej miejsc w szpitalach, krótko mówiąc więcej niezbędnej infrastruktury. Dla kraju targanego wieloletnimi krwawymi konfliktami, toczącego równocześnie wojnę z organizacjami partyzanckimi, jak i kartelami narkotykowymi, ze zdewastowaną przez korupcję i wysoką inflację gospodarką, był to ogromny wysiłek. Dlatego nie należy zapominać o historycznym kontekście i okolicznościach towarzyszących nieudanym przygotowaniom. Lub raczej ich niemal całkowitemu brakowi.
Początkowo robiono dobrą minę do złej gry. Kolumbijskie władze udawały, że przygotowania idą zgodnie z planem, a FIFA udawała, że w to wierzy. Kiedy jednak czas potrzebny na zbudowanie koniecznych obiektów nieubłaganie się skurczył, efektów zaś nie było widać, sprawa zaczęła decydentom ciążyć i stała się przedmiotem gorącego sporu politycznego. Przyszły prezydent Betancur ze sprzeciwu wobec ponoszenia przez państwo ogromnych wydatków na tę imprezę, uczynił wręcz jedno z przewodnich haseł kampanii wyborczej. Inna sprawa, że z coraz bardziej z biegiem lat komercjalizującego się mundialu zyski miała czerpać głównie światowa federacja, a ciężar kosztów wziąć na siebie kraj, któremu powierzono organizację. Choć to jednak pewna nieścisłość, precyzyjniejsze byłoby sformułowanie kraj-gospodarz. Bo za stronę komercyjną odpowiadała FIFA i to ona formalnie miała być organizatorem imprezy. A także jej największym finansowym beneficjentem. Coś tam odpalając gospodarzom, uczestnikom oraz na szczytne cele statutowe.
Nie dziwi więc, że w obliczu wewnętrznych kłopotów oraz kryzysu gospodarczego Kolumbijczycy zaczęli szukać drogi ucieczki. I wymiksowania się z tego układu. Zwłaszcza po druzgoczących wnioskach z wizytacji, na którą pofatygował się do nich sam szef światowego piłkarstwa Joao Havelange. Wybawienie nadeszło z nieoczekiwanego, skandynawskiego kierunku. A dokładniej ze Szwedzkiej Akademii Królewskiej, która dała im do ręki pretekst i wymówkę przyznając w 1982 roku Nagrodę Nobla w dziedzinie literatury Gabrielowi Garcii Marquezowi. Wówczas to nowo wybrany prezydent Betancur w swym głośnym na cały świat przemówieniu do rodaków, z jednej strony konfrontacyjnym względem FIFA, z drugiej niewolnym od patetycznych tonów, de facto stwierdził, że nie potrzebują oni już mundialu, skoro mają noblistę. W ten oto sposób największy turniej piłkarski świata przeniósł się z Kolumbii do Meksyku. Mimo, że w ostatniej chwili próbowali go jeszcze przechwycić Amerykanie. I choć nie obyło się bez turbulencji, kraj nowych gospodarzy nawiedziło bowiem przed mistrzostwami przerażające trzęsienie ziemi, które odebrało życie wielu tysiącom osób, to jednak niemal w pełni gotowa, wymagająca jedynie odświeżenia infrastruktura pozostała po poprzednim światowym czempionacie organizowanym przez Meksyk zaledwie szesnaście lat wcześniej, nie ucierpiała na tyle by znów w ostatniej chwili trzeba było zmieniać lokalizację. Mexico’86 odbyło się bez większych przeszkód będąc pod względem sportowym jednym z najwspanialszych mundiali w historii. I to strona sportowa właśnie w pełni zrekompensowała zdarzające się pod drodze organizacyjne niedociągnięcia.
Kolumbijczykom zatem przepadł występ w roli gospodarza i na pierwszy od 1962 roku udział w turnieju musieli zaczekać jeszcze cztery lata. Może to i lepiej. Zdążyło dojrzeć nowe, obiecujące pokolenie piłkarzy. Do nieco starszych Valderamy, Gomeza czy Herrery, dołączyli Rincon, Alvarez, Escobar, Higuita… Ten ostatni w 86 roku miał zaledwie 20 lat. Inna sprawa, że już jako 19-latek debiutował w lidze. Gdy Pablo Escobar wypożyczył go swemu wspólnikowi „El Mexicano” do Millonarios. A po jednym sezonie znów wezwał do siebie by zajął miejsce między słupkami w Nacionalu. Więc kto wie… Dla golkipera noszącego przydomek „El Loco”, czyli „Szaleniec”, nie było rzeczy niemożliwych. Jego najbardziej brawurowym wyczynem, dzięki któremu zyskał nieśmiertelną sławę była oczywiście akrobatyczna interwencja w towarzyskim meczu z Anglią na Wembley, okrzyknięta później mianem „Skorpiona”. I już na zawsze nierozłącznie związana z nazwiskiem Higuity. Mówisz Higuita, myślisz „Skorpion”. Myślisz „Skorpion” mówisz „El Loco”. Z drugiej strony niesprawiedliwe byłoby sprowadzanie jego dokonań do pojedynczego, nawet najbardziej spektakularnego popisu… Został też zapamiętany z fikuśnej fryzury… No dobrze, darujmy sobie uszczypliwości. Kolumbijskiemu bramkarzowi, do którego ze względu na ekstremalnie ryzykowne wypady daleko poza pole karne przylgnęła łatka „pajacowatego”, historia przyznała rację. Dziś, mimo tego, że zapewne ze względu na niezbyt imponujące warunki fizyczne trudno by mu było odnaleźć się we współczesnym futbolu, uważa się go za prekursora powszechnie stosowanego sposobu gry z wykorzystaniem golkipera jako zawodnika z pola. A zatem ekstrawagancja tak, owszem. Ale również wizja gry i umiejętności. W tych kilku słowach zawierało się boiskowe emplois Rene Higuity.
A poza boiskowe? Między jednym a drugim nie było wielkiej różnicy. Showman na boisku i poza nim. Higuita pod każdym względem był kompletnie innym człowiekiem od spokojnego i wyważonego kolegi z klubu i reprezentacji, Andresa Escobara. To właśnie „El Loco” w najpełniejszym znaczeniu tego słowa spośród wszystkich graczy Atletico Nacional, którymi szef wszystkich szefów Pablo Escobar lubił się otaczać niczym króliczkami Playboya, mógł się tytułować jego przyjacielem.
Bramkarz bywał częstym gościem w El Catedral, opisanym w pierwszej części naszej opowieści więzieniu, w którym narkotykowy boss dał się zamknąć by uniknąć ekstradycji do USA. Zarówno on, jak i wielu innych renomowanych zawodników przyjeżdżających do tego miejsca przypominającego zakład karny jedynie z nazwy, grało z udającym więźnia Escobarem w piłkę i uczestniczyło w organizowanych przez niego imprezach. Po nagłośnieniu sprawy przez media stało się to źródłem kłopotów dla Higuity i przede wszystkim samego „narkobarona”, który, gdy przymuszone krytyką opinii publicznej władze postanowiły zaostrzyć mu reżim, po prostu El Catedral opuścił i wrócił na wojenną ścieżkę z państwem. Choć oczywiście powodów owej wolty, nie pierwszej przecież w karierze najsłynniejszego kolumbijskiego przestępcy było o wiele więcej.
Rene Higuita, dał się też wplątać w sprawę przekazania okupu za uwolnienie porwanej córki pewnego medellińskiego przedsiębiorcy powiązanego z Nacionalem (i prawdopodobnie z branżą narkotykową), co zanim go uniewinniono przypłacił siedmiomiesięczną odsiadką i absencją w mistrzostwach świata w USA w 1994 roku. Wydaje się jednak, że zasadniczym celem władz, które wtrąciły zawodnika do więzienia było dorwanie za jego pośrednictwem Escobara, a piłkarz, który choć formalnie popełnił przestępstwo uzyskując z tego tytułu korzyść finansową (rodzina porwanej dziewczynki w podzięce za jego zaangażowanie wręczyła mu kopertę z pięćdziesięcioma tysiącami dolarów), w istocie pomógł jedynie w uwolnieniu ofiary. Jakkolwiek by tego nie oceniać, przyjaźń z Pablo Escobarem i lojalność jaką się wobec niego wykazał nie idąc na żadne układy w kwestii jego pojmania, miały dla niekonwencjonalnego golkipera bolesny finał. Nawet wziąwszy pod uwagę, że amerykańskie mistrzostwa, które opuścił okazały się dla Kolumbijczyków źródłem traumy i rozczarowania.
Ucieczka z La Catedral i to co się po niej wydarzyło była ostatnim aktem własnoręcznie napisanego przez Escobara dramatu. Przy czym dramat ów – trzymając się odniesień do literatury – im bliżej finału, tym bardziej był pozbawiony magii. Pozostawał sam brutalny realizm. Niedawny wszechmocny szef wszystkich szefów zmienił się w ściganą zwierzynę, a brutalność, jaka zapanowała wówczas na ulicach przekroczyła i tak już wyśrubowane do granic możliwości standardy. Przyczynili się do tego zwłaszcza Los Pepes – sformowane przez jego wrogów szwadrony śmierci, których przydomek stanowił akronim od słów: Poszkodowani przez Pablo Escobara. Ich jedynym celem było zabicie jego samego, a także dorwanie każdego, kto w jakikolwiek sposób mógłby temu celowi przeszkodzić, czy też przysłużyć się osiągnięciu go jako żywa lub martwa przynęta. Czyli współpracowników, znajomych, przyjaciół i rodziny. Paradoksalnie być może to właśnie pobyt w więzieniu uchronił Rene Higuitę przed wpadnięciem w łapy Los Pepes. I podzieleniem losu wielu ludzi, którzy albo okazali się nieprzydatni, albo wręcz przeciwnie, ich przydatność polegała na tym że zginęli jako posłańcy wysłanej pod bardzo konkretnym adresem wiadomości. Lub jako przestroga dla innych. By się od Escobara odsunęli i nie próbowali mu pomagać.
On zaś, mimo, że oprócz Los Pepes miał także na głowie wszystkie możliwe służby na czele z wspomnianą w poprzednim odcinku DAS, a także DEA i tzw. Blokiem Poszukiwawczym, próbował się jakoś odgryzać, ale coraz bardziej kurczyły się mu zasoby, oraz liczba pozostałych przy nim ludzi. Na samym końcu został sam. Zaszczuty, wynędzniały, zapędzony do mysiej dziury. Aż w końcu upolowany niczym ranne zwierzę podczas ostatniej próby wymknięcia się oprawcom.
Tak skończył Pablo Escobar Gaviria. Najpotężniejszy kolumbijski złoczyńca.
Nie oznaczało to bynajmniej, że przemoc i śmierć przestały zbierać swe okrutne żniwo. Nie tylko w miastach, ale i w położonych na uboczu wioskach. Chaos chwilowo wręcz się pogłębił, a Kolumbia jeszcze długo zmagała się z konsekwencjami i spuścizną epoki, której jednym z symboli stały się narkotykowe kartele. A oprócz nich dający chwilowe wytchnienie od codzienności futbol. Na którym, jak na wszystkim co ułatwiało im realizację celów, położyły łapę.
W filmie dokumentalnym „Escobar i Escobar” (The Two Escobars) z 2010 roku Juan Jose Bellini, były prezes tamtejszej federacji piłkarskiej skazany na 6 lat więzienia za pranie pieniędzy wypowiada takie oto słowa: „Nagły sukces kolumbijskiego futbolu trzeba przypisać pojawieniu się pieniędzy pochodzących z handlu narkotykami, wszyscy się na to godziliśmy, wszyscy braliśmy w tym udział, teraz mamy się czego wstydzić.”
I jeszcze jeden cytat z tego samego filmu: „Piłka nożna to ciągła walka między tym kim jesteś, a tym kim chcesz być. Marzysz o zwycięstwach, ale są rzeczy ważniejsze. Ceną naszych zwycięstw było bezpieczeństwo graczy. Władze nie panowały nad tym co działo się na ulicach. Każde społeczeństwo zbudowane na niepewnych fundamentach musi kiedyś upaść. Teraz sprzątamy ulice i zaczynamy odbudowę kraju.” Zapewne zdecydowana większość Kolumbijczyków pragnęłaby, aby to w gruncie rzeczy optymistyczne przesłanie Francisca Maturany okazało się trafne. Dziś wiemy, że choć nie wszystkie problemy udało się rozwiązać, a groźby wysuwane przez nowego/starego prezydenta USA pod adresem niektórych państw i przywódców sąsiedniego kontynentu nie ominęły i Kolumbii, to – jak się wydaje – powrotu do czasów Pablo Escobara i jemu podobnych nie ma, a kraj w przeciwieństwie do leżącego na tym samym północnym szlaku Meksyku nie zawrócił ze ścieżki odbudowy. Oby tak pozostało.
Film kończy się słowami Andresa Escobara: „Życie trwa dalej.” Niech posłużą one za puentę.
Źródła:
David Arrowsmith „NARCOBALL Futbol, kartele i śmierć w Kolumbii Pablo Escobara”, tłum. Bartosz Sałbut, Wydawnictwo Sine Qua Non, Kraków 2024
Leszek Jarosz „Historia Mundiali” Tom 2. 1978-2022, Wydawnictwo Sine Qua Non, Wyd. I, Kraków 2023
https://www.espn.com.ar/noticias/nota/_/id/2279860/-america-de-cali-salio-de-la-lista-clinton
https://www.rsssf.org/tablesc/colchamp.html
Film dok. „Escobar i Escobar” (The Two Escobars) reż. Jeff Zimbalist, Michael Zimbalist, prod. 2010.




