TOMASZ ARCEUSZ TO LEGII JEST PROMETEUSZ
„W tramwaju jest tłok, w pociągu jest tłok, kibice na Legię na jadą. Wtem jeden z nich wstał, zaśpiewam ja wam o Legii mej ukochanej. CE-WU-KA-ES, do boju Legia Warszawa…”
Nie było chyba w latach 80-tych w Warszawie nikogo, komu choć raz nie obiłby się o uszy ów utwór słowno-muzyczny (pieśń, psalm czy nomen-omen elegia) intonowany przy Łazienkowskiej pod melodię Grzesiukowego szlagieru „Teraz jest wojna”. Umiejscowienie osi fabularnej w mknącym po szynach tramwaju, ewentualnie w kolejce SKM, z jednej strony podkreślało uroki miejskiego folkloru, z drugiej zaś było symbolem nowoczesności odbudowanej z wojennej pożogi stolicy. Zwłaszcza urbanizacji przedmieść. I aspiracji by wyrosły z tej odbudowy klub rozsławiał dobre imię mieszkańców. A uskuteczniający swą rozrywkę kibic, udający się na mecz, mógł, jak panisko rozsiąść się w tramwaju. Mamy tu zatem – zgodnie z teorią hierarchii potrzeb Masłowa – najsampierw zabezpieczone dążenia egzystencjalne, zasadnicze, osadzone u podstaw piramidy, a następnie wspinamy się ku górze, aż do jej wierzchołka, gdzie sytuują się pragnienia afirmacyjne. Po drodze zaspokajając bardzo ważną potrzebę przynależności symbolizowaną przez panujący w środkach komunikacji publicznej ścisk i atmosferę przedmeczowego napięcia.
„Dwie bramki Arceusz, dwie bramki Sikorski i Legia ma mistrza Polski…”
Przymykając oko na pewne nieporadności gramatyczne, przeróbka popularnej warszawskiej piosenki, miała niewątpliwie w swej wymowie walor inkluzywny, włączający. Pozwalający przeciętnemu kibicowi utożsamiać się z jej bohaterami i ich prometejskim posłannictwem. Czyli dwoma legijnymi goleadorami: Arceuszem i Sikorskim. Mamy więc w tym przypadku do czynienia z lokalną odmianą realizmu magicznego – nurtu tak charakterystycznego nie tylko dla twórczości Grzesiuka, ale i szerzej, dla odwołujących się do tej twórczości szerokich mas kibicowskich.
Już sam fakt, że podmiot liryczny, czyli bliżej niesprecyzowany sympatyk Wojskowych wstaje i zaczyna w tramwaju śpiewać, a zatem swobodnie wyraża swą artystyczną ekspresję, pokazuje oddolną potrzebę afirmacji poprzez sztukę i wiele mówi o roli jaką w życiu przeciętnego warszawiaka odgrywała muzyka. Żywiołowa improwizacja na bandżoli, akordeonie lub tamburynie to ówczesna codzienność pasażerów transportu miejskiego.
Co prawda wspomniany kibic wraz z kolejnymi frazami tekstu coraz bardziej odlatuje, a komponent baśniowy zaczyna niebezpiecznie dominować nad resztą, bo choć nie wiemy na jakiej trasie ów tramwaj wówczas kursował, to na pewno nie mknął po upragnione mistrzostwo (jeśli przyjąć, że w istocie chodzi o klub i całą jego społeczność), lecz czy należy czynić z tego zarzut? Może i liryczna strona utworu rozmijała się z rzeczywistością niczym ustalenia z plenum KC referowane w Dzienniku Telewizyjnym, jednak pamiętajmy, że ambicje w Warszawie także i wtedy były mocarstwowe. Sięgające gwiazd. Odrębna rzecz, że od lat pozostawały niespełnione. Gdyż Legioniści czekali na tytuł od 1970 roku. A więc od czasów Deyny, Brychczego, Żmijewskiego, Stachurskiego, Gadochy…
Zastąpienie tej klasy graczy przez Arceusza i Sikorskiego wydawało się więc zadaniem co najmniej karkołomnym. Dawniej Prometeuszem Legii był znany z osiągania zawrotnych prędkości Tadeusz Nowak, ksywa „Ferrari”. A czym wyróżniał się Arceusz? Bądźmy szczerzy – niczym szczególnym. To znaczy był oczywiście Dziekanowski, w polskich realiach gracz zjawiskowy, a oprócz niego Kazimierski, Kubicki, Wdowczyk, Buncol, Kaczmarek, Buda, Karaś, czy nowy rekrut w tym towarzystwie – Araszkiewicz. Wszyscy powoływani do reprezentacji. Legia miała więc kim straszyć. Ale do zdobycia tytułu zawsze czegoś brakowało.
Niektórzy uważają, że to m.in. przez słynne pudełko po butach. Rozpowszechniona w Warszawie teoria głosi, że w latach 90-tych Legia kupowała mecze, a w dekadzie wcześniejszej sprzedawała. I tylko z tego powodu Górnik Zabrze cztery razy z rzędu został mistrzem Polski. Inni zrzucają winę na tzw. uroki stolicy. Lub wspomniany gwiazdozbiór, któremu chciało się wysilać jedynie od święta. Dziś już raczej tego nie zweryfikujemy.
Stołeczny kibic z piosenki rzadko miewał więc okazję być w dobrym nastroju. Częściej dopadała go melancholia i refleksyjne chwile zadumy. Choć nigdy nie dawał tego po sobie poznać. A głowę nosił wysoko.
INTER MEDIOLAN SIĘGA LEGII DO KOLAN
Jednak mimo tej dziwnej niemocy na krajowym podwórku legioniści byli w stanie stoczyć rok po roku epickie, pełne dramaturgii boje z klubem ze ścisłego topu najmocniejszej wówczas na kontynencie ligi włoskiej. W Pucharze UEFA (odpowiednik dzisiejszej Ligi Europy) mierzyli się z naszpikowanym gwiazdami Interem Mediolan.
Oba dwumecze kończąc w regulaminowym czasie wynikiem remisowym. I w obu ostatecznie odpadając „o włos”. Choć w teorii – z tej klasy przeciwnikiem – powinni ponieść klęskę.
Po raz pierwszy losowanie par skojarzyło obie drużyny w sezonie 84/85. Inter, półfinalista poprzedniej edycji rozgrywek miał w kadrze wybitnych zawodników. Konstelację gwiazd. Byli więc aktualni mistrzowie świata: Altobelli, Bergomi, Collovati, Tardelli, finalista ostatniego mundialu Rummenigge, przyszły brązowy medalista Zenga, czy błyskotliwy irlandzki technik Brady, który musiał jakiś czas wcześniej ustąpić miejsca w Juventusie Bońkowi, czego nawiasem mówiąc w Turynie wielu żałowało. Zgodnie z obowiązującymi wówczas przepisami włoskie drużyny mogły zatrudniać dwóch obcokrajowców.
Legioniści znaleźli się na kursie kolizyjnym z Interem w trzeciej rundzie. W dwóch poprzednich wyeliminowali najpierw norweski Viking Stavanger (3-0 i 1-1, fantastyczny gol Dziekanowskiego w Warszawie), by później nie bez trudu uporać się z węgierskim Videotonem (1-0 na wyjeździe po zwycięskiej bramce Araszkiewicza i wymęczone 1-1 w rewanżu). Węgrzy to nie była przypadkowa ekipa. Zaledwie kilka miesięcy wcześniej w ramach tych samych rozgrywek dotarli do najściślejszego finału, w którym lepszy okazał się dopiero Real Madryt. Zaś ich półfinałowa rywalizacja z Zeljeznicarem Sarajewo do dziś uważana jest przez niektórych kibiców za wydarzenie kultowe. W drugim półfinale Real odniósł zwycięstwo nad… Interem.
Oba kluby podobnie jak dziś dzieliła przepaść. W szaro-burej Warszawie polowy lat osiemdziesiątych mediolańczycy jawili się niczym ludzie z innego świata. Przybysze z kosmosu. Nawet ich pasiaste, niebiesko-czarne koszulki wyglądały jakoś szlachetniej na tle pozbawionych nie tylko reklamy sponsora, ale i tradycyjnej „Elki” trykotów legionistów, kupionych zapewne w pośpiechu z magazynów Adidasa, gdyż stroje ligowe były poprute i wypłowiałe niczym siermiężna rzeczywistość wokół, choć może to tylko pamięć o PRL-u podsuwa te reminiscencje. O przepaści nie do zasypania. A jednak na boisku różnicy nie było widać. Gdyż poziomem sportowym, indywidualnym wyszkoleniem i ambicją warszawiacy nie odstawali. A przynajmniej nie na tyle by przegrać jeszcze przed meczem. Rzucili zatem mediolańskiemu Goliatowi wyzwanie.
Emocji, napięcia i nieoczekiwanych zwrotów akcji było w tej rywalizacji tyle, że scenariusz trzeba było rozpisać nie na pojedynczą fabułę, a na cały serial.
Pierwszy odcinek kręcono w Mediolanie. Który przyjął legionistów z chłodnym lekceważeniem. Nikt nie zakładał innego rozstrzygnięcia niż łatwe zwycięstwo gospodarzy.
Wojskowi nie przestraszyli się jednak renomowanego rywala. Komentujący to spotkanie wspólnie z Dariuszem Szpakowskim, drugi obok Bońka Polak w lidze włoskiej – Władysław Żmuda, tak mówił na antenie o postawie warszawiaków: „Najważniejsze, że do tego momentu Legia się nie wystraszyła tą nazwą Interu, że gra odważnie.” „Ta trema chyba już poza zawodnikami Legii” – zgodził się Szpakowski. „Myślę, że tak…” – kontynuował Żmuda (…) „Żeby tylko się nie za bardzo cofnęli w defensywie a bardziej grali odważnie (…) Obie drużyny najlepiej się czują z kontrataku”.
I faktycznie. Taki to był mecz. Obie drużyny „najlepiej się czuły z kontrataku”. Gospodarze niby przeważali, ale poza trzema czy czterema klarownymi sytuacjami, stworzonymi głównie po stałych fragmentach, nie nacierali huraganowo na bramkę Kazimierskiego. Co prawda grali bez kilku podstawowych zawodników, ale to nie umniejsza ambitnej postawy Legii, która odgryzała się strzałami z dystansu i groźnymi kontratakami.
Głos Dariusza Szpakowskiego był tego wieczoru spokojny i opanowany. Jakby od początku czuł, że warszawskiej drużynie nic się w Mediolanie nie stanie. W 82 minucie legioniści przeprowadzili błyskawiczną kontrę, która powinna zakończyć się zdobyciem bramki. To był bodaj jedyny moment, w którym nasz słynny komentator bardziej się rozemocjonował: „Błąd teraz Collovatiego, zobaczymy, czy Dziekanowski będzie go mógł wykorzystać, zepchnięty do bocznej linii, dobre odegranie tej piłki, wypuszczenie tutaj przez Kaczmarka, Kaczmarek, będzie gol… Aj… Jak to się stało? Świetna, doskonała sytuacja. Piłka jakby zaczarowana nie chciała wpaść pod poprzeczką, a wyszła ponad poprzeczką bramki Waltera Zengi. No, była to z pewnością panie Władysławie najdogodniejsza sytuacja jaką miała Legia do objęcia prowadzenia w tym meczu”. „No, chyba tak” – odparł pan Władysław – (…) „Uwierzyła po prostu, że może wygrać ten mecz i po prostu demonstruje to właśnie na boisku. (…) Jak tak dalej będzie atakowała, to myślę, że wcześniej czy później powinna zdobyć tą bramkę upragnioną. Z tym, że musimy zawsze uważać na ten Inter. Pomimo, że gra dzisiaj słabiej i nie grają dzisiaj podstawowi zawodnicy.” Tu płynnie włącza się Szpakowski reagujący na boiskowe wydarzenia: „No ale za chwilę jednego z tych podstawowych zobaczymy. I to dobrego pana znajomego, bo Marco Tardelli wejdzie na boisko. Przypominam po operacji kciuka.”
Bezbramkowy wynik do końca nie uległ zmianie. A więc nękani kontratakami i strzałami z dystansu gospodarze nie potrafili tego spotkania wygrać. Na rewanż można było czekać z ostrożnym optymizmem. Pewien niepokój wzbudzał jedynie zapowiadany powrót kontuzjowanego Rummenigge, jednego z najlepszych napastników globu.
Szpakowski słusznie poruszył ten wątek w programie „Studio Sport” do którego zaprosił po powrocie z Mediolanu trenera Wojskowych, Jerzego Engela oraz dwóch jego podopiecznych, Kubickiego i Dziekanowskiego.
„Tak jak pan ma dżokera w swojej talii…” – zwrócił się do Engela – „Tak trener Corso chyba skorzysta z tych dwóch zawodników, a mianowicie z Rummeniggego i z Fanny. To jest Fanna, to jest oczywiście Rummenigge…” – mówił trzymając w dłoniach fotografie obu graczy – „A zatem jakie antidotum na tych dwóch zawodników Interu?”
Nikt wówczas nie był jeszcze świadomy wagi tych słów. I tego, skąd czyha na legionistów śmiertelne zagrożenie.
Jerzy Engel wydawał się jednak spokojny. Z jego wypowiedzi wynikało, że ma plan na powstrzymanie wszędobylskiego Niemca, nie wspominając już o tym drugim. Oczywiście nie było mowy o lekceważeniu żadnego z powracających po kontuzjach graczy.
Następnie Szpakowski zwrócił się z pytaniem do Kubickiego o to kto będzie krył niemieckiego napastnika i jak on sam się przygotowuje do tego występu psychicznie?
„Najprawdopodobniej ja z Darkiem Wdowczykiem będziemy poświęcali Rummenigge najwięcej czasu z tego względu, że jest on zawodnikiem uniwersalnym i gra zarówno po prawej stronie boiska jak i po lewej. Postaramy się mu ograniczyć swobodę do minimum” – odparł z uśmiechem prawy obrońca.”
Zwracając się z kolei do Dziekanowskiego prowadzący stwierdził, że wprawdzie trudno przewidywać w rewanżu cokolwiek, ale Legii należą się brawa za występ w Mediolanie. U siebie więc tym bardziej nie stoi na straconej pozycji. Mimo, że Interowi wystarczy remis bramkowy.
„Nie można być aż za bardzo optymistą…” – trzeźwo zauważył gwiazdor Wojskowych – „Dlatego, że mecz z Videotonem powinien nas nauczyć, że nie można wychodzić na boisko i być pewnym wygranej. Powinniśmy wyciągnąć jeszcze większe wnioski z tego pierwszego meczu. No i nie powinno być źle”.
Konkluzje? Szacunek dla przeciwnika tak, owszem. Ale i wiara we własne umiejętności.
Na koniec Szpakowski zapytał, czy są jeszcze bilety i jak prezentuje się boisko?
„Bilety są, bo nie trafiły na razie do sprzedaży. A na boisku jest cały czas śnieg. Nie było ruszane jeszcze, ale myślę, że na mecz będzie przygotowane dobrze” – odparł w żołnierskich słowach Engel.
Nic dziwnego. Tego, że wojsko odśnieży murawę mógł być pewny.
Warszawa przyjęła przeciwników niegościnnie. Trybuny wrzały. Z transparentów i bojowych okrzyków można było się dowiedzieć, że „Inter Mediolan nie sięga Legii do kolan”. Każdemu dotknięciu piłki przez gości towarzyszyła kocia muzyka. Zwłaszcza wracający po kontuzji Niemiec był niemiłosiernie wygwizdywany. Mecz niby ponownie toczył się według scenariusza napisanego przez mediolańczyków, mimo grząskiej, ciężkiej murawy widać było ich klasę i wyrachowanie, lecz długimi fragmentami to Legia miała inicjatywę. A każde udane zagranie jej zawodników spotykało się z aplauzem widowni.
„Ogłuszający doping (…) Olbrzymia stawka meczu i olbrzymie napięcie. Wspaniałe zachowanie publiczności.” – relacjonował telewidzom rozemocjonowany Szpakowski – „Buncol. Wdowczyk. Śmiałe wejście Wdowczyka, ale zbyt mocne dośrodkowanie. Idzie tutaj jeszcze do piłki Kaczmarek. Doszedł. Bergomi wybija przed pole karne. Kaczmarek. Dobre wejście Zbigniewa Kaczmarka. Kubicki. Na polu karnym jest Arceusz. Do niego dośrodkowanie… I… Słupek ratuje Inter od utraty gola.”
Arceusz zaś omal w tej chwili nie potwierdził swego prometejskiego przeznaczenia by odebrać gigantom ogień i oddać go w ręce maluczkich. Po prostu zabrakło szczęścia. Choć i tak był na spalonym.
Legioniści walczyli z olbrzymią determinacją. Publiczność szalała. Aeejaa ooo! Aeejaa ooo! – niosło się z trybun. Nie ulega wątpliwości, że już wówczas przy Łazienkowskiej wyznaczano trendy, jeśli chodzi o stadionową atmosferę.
Do przerwy gole nie padły. Wszyscy zadawali sobie pytanie co przyniesie druga połowa.
„Halo, witam państwa ponownie ze stadionu przy Łazienkowskiej” – wracając na antenę komentator przypomniał składy, a „tych z państwa, którzy oglądają mecz w czarno białych odbiornikach”, poinstruował, że Legia gra w jednolitych, jasnych strojach. W kolorowych telewizorach są to stroje zielone.
W drugiej połowie tempo spotkania nieco siadło, ale trudno się dziwić. Na grząskim boisku niełatwo było utrzymać non-stop najwyższą intensywność. Nieprzyzwyczajonych do takich warunków Włochów zaczęły łapać skurcze.
Jedenaście minut przed końcem warszawiakom znów nie dopisało szczęście. A dokładniej Budzie, którego soczysty strzał zaledwie o kilka centymetrów minął bramkę rywali. Zenga nie miałby nic do powiedzenia, gdyby pomocnik Wojskowych uderzył ciut precyzyjniej.
Po 90-ciu minutach szwedzki sędzia Ulf Eriksson zagwizdał po raz ostatni. A więc proszę państwa dogrywka.
W niej znów przycisnęła Legia. Najpierw oglądaliśmy kolejny strzał zza pola karnego Budy, jakimś cudem sparowany na rzut rożny przez Zengę. „Czy skapituluje kiedyś ten Zenga czy też nie? – łapał się za głowę Szpakowski – „Trwa oblężenie, Wdowczyk… Zmierzył. Przymierzył… Słupek z poprzeczką, a mogło być tak pięknie. Ależ wspaniała bomba Dariusza Wdowczyka. Popatrzmy raz jeszcze. Nic nie miał tym razem Zenga do powiedzenia, ale szczęście mu sprzyja. Jakby jakaś zaczarowana była ta bramka Zengi. Jakby jakieś siły Helenio Herrery tutaj zadziałały. Wspaniała akcja drużyny stołecznej. Kapitalna gra (…) Skąd ci legioniści mają tyle sił?”
Cóż za emocje proszę państwa. Niestety strzał w poprzeczkę to strzał niecelny. Czy Legia, która jeszcze bardziej podkręciła tempo dopnie w końcu swego?
W 97 minucie trener Interu zarządził zmianę. Na murawie pojawił się wracający po kontuzji Fanna. W taki sposób przybliżał widzom jego sylwetkę Pan Dariusz: „Wchodzi doświadczony Pietro Fanna. Nie grał od dwóch tygodni. Masują mu długo prawą nogę. On miał właśnie naderwany ten mięsień w nodze. Czternastokrotny reprezentant Włoch. Pozyskany przed tym sezonem z Verony. 27-letni Pietro Fanna. Wyróżniać będzie się łysiną, ale myślę, że i umiejętnościami. Zapas świeżych sił. Nie ma takich możliwości Jerzy Engel (…) Muszą więc grać ci co są na boisku (…) Ósma minuta dogrywki. Pietro Fanna i jego pierwszy kontakt z piłką. Trzeba będzie na niego uważać. Ba… Łatwo to wszystko mówić.”
No niesamowite emocje proszę państwa. „Ależ trzeba mieć nerwy ze stali, ile trzeba mieć jeszcze sił…” Zgromadzeni przed telewizorami widzowie podziwiali już nie tylko heroiczną postawę piłkarzy, ale i wycieńczony głos swego ulubionego komentatora, od niemal dwóch godzin towarzyszący im w transmisji.
W 108 minucie wydarzył się dramat. Mimo asysty dwóch piłkarzy Legii, Altobelli posłał z narożnika boiska dośrodkowanie w stronę bramki Kazimierskiego. Piłka leciała, leciała, leciała… Aż spadła prosto na głowę Fanny. Gol. Inter prowadzi 1-0. Stadion zamarł. Uszczęśliwiony Włoch tonie w uściskach kolegów. Czy to jest proszę państwa sprawiedliwe? Nie. Nie jest. To koniec. Nic więcej nie da się zrobić. Każdy to rozumie. Wycieńczeni, wyczerpani, słaniający się na nogach legioniści nie są już w stanie odpowiedzieć. Tym bardziej, że do awansu potrzebują teraz nie jednej, a dwóch bramek. Tego grudniowego wieczoru Pietro Fanna po raz pierwszy przedstawił się Warszawie. Pogruchotał jej marzenia. Jej aspiracje. Brutalnie obszedł się z ze snami o sprawieniu niespodzianki. I żaden Prometeusz nie miał tu nic do gadania. Stolica Polski pogrążyła się w rozpaczy.

OSZUKAĆ PRZEZNACZENIE II
Okazja do rewanżu nastąpiła bardzo szybko, bo już w następnym sezonie. Tym razem obie ekipy trafiły na siebie w drugiej rundzie. W Legii nie było już Buncola, który po meksykańskim mundialu odszedł do Bundesligi, w Interze zaś Brady’ego zastąpił Daniel Pasarella, nieco przyblakła gwiazda futbolu z Argentyny. Na ławce trenerskiej zamiast Mario Corso zasiadł słynny Giovanni Trapattoni, opromieniony trofeami, po które sięgał niedawno z Juventusem. Legię nadal prowadził młody, zaledwie trzydziestoczteroletni Jerzy Engel.
W pierwszej rundzie Wojskowi uporali się z radzieckim Dnieprem Dniepropietrowsk (0-0, 1-0, dzisiejsze ukraińskie Dnipro). A gdy okazało się, że kolejnym przeciwnikiem będzie Inter, ekscytacja w Warszawie osiągnęła temperaturę wrzenia. Wszyscy wyrażali jedno jedyne pragnienie. Aby tym razem to Legia była górą. Biegły w grach psychologicznych Engel, tylko tę atmosferę podkręcał, zapowiadając ofensywną grę swego zespołu.
Pierwszy mecz odbywał się w stolicy. Było to prawdopodobnie najlepsze, a na pewno najbardziej elektryzujące spotkanie jakie w tamtych latach obejrzała publiczność stadionu przy Łazienkowskiej z tak wysoko notowanym przeciwnikiem.
Wynik otworzyli Włosi po bardzo ładnej kontrze i chyba najprostszym golu jakiego Altobelli zdobył w całej swojej karierze, kierując piłkę głową do pustej bramki. Legionistów to jednak tylko rozjuszyło i jeszcze przed przerwą pięknym strzałem wyrównał Witold Sikorski – jak czasem na poły ironicznie śpiewali o nim kibice – „najlepszy napastnik Polski”.
A w drugiej połowie… Cóż… W drugiej połowie Legia dała koncert. Non stop huraganowe ataki. Szybki jak wiatr Araszkiewicz siał spustoszenie we włoskiej obronie. Wdowczyk z Karasiem co chwila nękali ją strzałami z dystansu. Dziekanowski czarował techniką. Ręce same składały się do oklasków. Inter mógł być zadowolony, że po godzinie tracił zaledwie trzy bramki. Mediolańczycy co prawda pod koniec zdobyli drugiego gola, ale to wszystko na co tego wieczoru było ich stać. Wojskowi zaprezentowali się jako dużo lepsza drużyna. Wynik 3-2 pozostawiał uczucie sporego niedosytu.
Nazajutrz prasa piała z zachwytu. Pochwałom dla zawodników nie było końca. Tak pisał o tym meczu piórem redaktora Smacznego tygodnik Piłka Nożna: „Było bardzo dobrze, skończyło się na 3-2. To dużo i mało, ale nie wybrzydzajmy, w końcu przecież Legia pokonała Inter, co nie udało się przed rokiem. My zaś widzieliśmy kawał europejskiego futbolu. Giovanni Trapattoni rzekł, że porównując Widzew z meczów z Juventusem i Legii z Interem wyżej ocenia warszawiaków.”
I tylko ten drugi gol dla Włochów budził pewien niepokój w kontekście rewanżu w Mediolanie. Najskromniejsze 1-0 premiowało ich bowiem awansem do następnej rundy.
I dokładnie taki wynik uzyskali. Decydującego gola pod koniec pierwszej połowy zdobył Pietro Fanna. Kto, jak nie on?!
Panie, weź mnie pan trzymaj normalnie, bo jak bym dostał w swoje ręce tego łysego makaroniarza to by go rodzona mamusia nie poznała – takie właśnie, pełne rozgoryczenia słowa kierowali nazajutrz do swych pasażerów warszawscy taksówkarze.
W tramwajach i autobusach panowała żałoba.
Z bloku mieszkalnego przy ulicy Okocimskiej na Woli wyleciał w trakcie transmisji z jednego z okien telewizor. Podobno nie był to odosobniony przypadek. A odbiorniki fruwały także w innych dzielnicach.
Na ścianie budynku przy ruchliwej ulicy Ciołka ktoś namalował wielkimi jak zawiedzione nadzieje literami:
FANNA **** ŁYSY!

Napis przetrwał wiele tygodni. Ku upamiętnieniu walecznego zrywu legionistów. Oraz tegoż zrywu kata. Był to jeden z tych rzadkich przypadków, gdy dzięki cichemu przyzwoleniu władz, prawdziwe uczucia warszawiaków znalazły dla siebie przestrzeń i pozostały nieocenzurowane.
Powiedzieć, że mieszkańcy stolicy nie byli Włochowi przychylni to jak nic nie powiedzieć. Bo od razu trafił do czołówki najmroczniejszych postaci w dziejach naszego pięknego miasta.
Ech… Gdyby to był Rummenigge, dałoby się to jeszcze zrozumieć. I jakoś przełknąć. A tak…?
Zabolało. Zapiekło.
W 60-tej minucie mediolańskiego spotkania miała miejsce kuriozalna sytuacja. Witold Sikorski sfaulował przeciwnika tuż przy linii bocznej, za co sędzia ukarał żółtą kartką Andrzeja Sikorskiego. Jak? Dlaczego? Z jakiego powodu? Podobieństwo między tymi niespokrewnionymi graczami było co najmniej dyskusyjne. Inne numery na koszulkach, inne pozycje, inne wszystko. Poza nazwiskami. Jak sędzia mógł się więc tak pomylić? Nie wiadomo. Po chwili jednak najwyraźniej zrozumiał swój błąd i napomniał Witolda. Lecz zapomniał cofnąć kartki Andrzejowi. A może warszawski stoper coś mu odpyskował, czy za głośno domagał się sprawiedliwości, trudno powiedzieć, tego już kamery nie uchwyciły. Ponieważ Andrzej został wcześniej ukarany za faul z pierwszej połowy, angielski arbiter w konsekwencji wlepił mu czerwoną. Legionista złapał się za głowę. Drużyna rzuciła się do protestów. Interweniował trener i jego asystenci. Nawet Witold Sikorski, który zorientował się do czego to wszystko zmierza, wskazywał siebie jako winnego. Na próżno. Anglik całkiem się pogubił. Legia musiała kontynuować mecz w dziesiątkę. Nie będąc już w stanie zagrozić przeciwnikowi na jego terenie pozwoliła mu dowieźć swoje 1-0 do końca. Inter uczynił to bez większego wysiłku. Miał też kolejne szanse na podwyższenie rezultatu. Ten straszny mecz zakończył się w najgorszy z możliwych sposobów. Okropne było w nim wszystko.
Epilog do tej historii legioniści napisali pięć lat później. Choć w składzie pozostało już tylko dwóch zawodników pamiętających rywalizację w Mediolanie. Gdy napatoczyła się kolejna włoska ekipa, a była to wielka wówczas Sampdoria, w ćwierćfinale Pucharu Zdobywców Pucharów (na szczęście bez Fanny w składzie), po prostu zatrzasnęli przed nią drzwi i wyrzucili z dalszych rozgrywek. To właśnie w Genui objawił się talent młodziutkiego Wojciecha Kowalczyka. Za tymi drzwiami zaś czekał Manchester United. Ostatni jak dotąd przeciwnik jakiejkolwiek polskiej drużyny w półfinale europejskich pucharów.
Nasze teksty to zwykle efekt kilku tygodni pracy – zbierania danych i źródeł, analizowania, sprawdzania faktów i wyciągania wniosków. Wszystko po to, by oddać w Twoje ręce ciekawą i merytoryczną treść. Stawiamy na rzetelność i bierzemy pełną odpowiedzialność za to, co publikujemy.
Nie znajdziesz u nas wyskakujących banerów ani migających reklam. Chcemy, żeby czytanie tekstów na KulturaGry.pl było przyjemnością, bez niepotrzebnych rozpraszaczy.
Jeśli uważasz, że to, co robimy, ma sens i chcesz pomóc nam rozwijać KulturaGry.pl, możesz postawić nam wirtualną kawę na BuyCoffee.com. Jeśli nie możesz lub nie chcesz wesprzeć nas finansowo, możesz zapisać się do naszego newslettera – to dla nas również ogromna motywacja.




