COPA 71. Przemilczane bohaterki futbolu.

Piłkarskie mistrzostwa świata w Meksyku. Tysiące rozpalonych emocjami kibiców na trybunach wielkiego stadionu Azteca. Mecz Anglia-Argentyna. Oczy wszystkich wpatrzone w niewysoką postać z numerem 10 na koszulce w biało-błękitne pasy, która niesiona jakby nadludzką mocą sieje zamęt i spustoszenie w szeregach przeciwnika. I praktycznie w pojedynkę wygrywa dla swej drużyny bitwę decydującą o awansie do czwórki najlepszych ekip globu.

Jeśli myślisz Czytelniku, że chodzi o Diego Maradonę i najsłynniejsze spotkanie w historii jego reprezentacyjnych występów, mylisz się. 

Poznaj Elbę Selvę, która zdobyła dla Argentyny wszystkie cztery bramki w wygranym 4-1 meczu z Anglią podczas rozegranych w 1971 roku w Meksyku pierwszych mistrzostwach świata w piłce nożnej kobiet. Mistrzostwach, których do dziś nie uznano za oficjalne. I przemilczanych. Gdyż tak było wygodniej. Aby je zapomniano. Wraz z ich uczestniczkami. Albo inaczej… Miejmy to za sobą. Wypowiedzmy to straszne słowo: PIŁKARKAMI, które wystąpiły na meksykańskich boiskach, choć mężczyźni z FIFA sobie tego nie życzyli. Zresztą nie tylko oni. Wielu innych również.

Więc jeśli zastanawiasz się, dlaczego o tym nie słyszałeś, nie przejmuj się. Niemal nikt poza wąskim kręgiem osób nie znał do tej pory tej historii. Nawet wielokrotne mistrzynie świata (już te oficjalne) i złote medalistki olimpijskie z reprezentacji USA, nie miały o swych poprzedniczkach zielonego pojęcia. A przecież od Stanów wszystko się zaczęło. To znaczy zaczął się tam na dobre rozkręcać kobiecy futbol, będący dziś najszybciej rozwijającą się dyscypliną sportu na świecie.

To dlaczego nikt nie słyszał o turnieju, który powinien być dla piłki nożnej kobiet jednym z najważniejszych punktów odniesienia? Takim samym, jakim dla męskiego futbolu była np. Ręka Boga? Albo Cud w Bernie?

Zaraz, zaraz… Jakiego męskiego futbolu? – ktoś mógłby zaoponować. Przecież futbol jest tylko jeden. Po prostu. A futbol kobiecy to jakaś zupełnie inna dyscyplina. Coś jak futbol amerykański. Niby nazywa się futbolem, ale tak naprawdę nim nie jest. 

Dyscyplina, która zresztą wówczas – u progu lat 70-tych – wielu wydawała się czymś znacznie bardziej osobliwym niż dziś. Z czym nigdy wcześniej się nie zetknęli. 

A jednak impreza rozgrywana na tych samych ogromnych stadionach, na których rok wcześniej odbył się światowy czempionat mężczyzn, przyciągnęła zainteresowanie tym co się działo na boiskach, nie zaś imponderabiliami. Nawet jeśli część widzów przyszła po prostu z ciekawości. Bo drugi raz taka okazja mogła się nie powtórzyć.

Z drugiej strony nie pootwierano jeszcze tak wielu frontów wojny kulturowej. A stosunek (lub jego brak) do uprawiania tego sportu przez kobiety nie musiał oznaczać opowiadania się po którejś ze stron konfliktu.

Więc o co chodziło w tym zdumiewającym wydarzeniu?

Na te i inne pytania, które nieuchronnie musimy sobie zadać, odpowiada znakomity film dokumentalny pod tytułem „COPA 71”, o wielkiej piłkarskiej imprezie, którą zapomniano. Mimo, że gromadziła na trybunach dziesiątki tysięcy widzów i rozpaliła gigantyczne emocje. Przyciągnęła też zainteresowanie mediów, a w ślad za nimi pieniądze. Lecz wygumkowano ją z historii. Ot tak. Jakby nigdy się nie odbyła.

Dlaczego?

Najważniejsze pytanie zawsze brzmi: DLACZEGO?

Pada ono w przestrzeni publicznej od dawna. W szerszym kontekście. A dokument wyprodukowany m.in. przez siostry Serenę i Venus Williams, jedynie ubiera je w piłkarski kostium, choć czyni to w niezwykle sugestywny i poruszający sposób.

Dlaczego my mężczyźni, jako połowa ludzkości wzbraniamy się mniej lub bardziej otwarcie przed myślą, że kobiety też mogą grać w piłkę. I przez dziesiątki lat robiliśmy wszystko, żeby to uniemożliwić. Zresztą nadal niektórzy z nas nie mogą się z tym pogodzić. 

Autorzy filmu stawiają dość oczywistą – jak się wydaje – tezę, że to ze strachu przed utratą kontroli. Przed odebraniem nam jednej z ostatnich niekwestionowanych do niedawna przestrzeni naszej dominacji.

Bo piłka nożna to męska gra, a kobiety mogą co najwyżej podziwiać zawodników z trybun. A najlepiej z kuchni. Czyż nie takiej odpowiedzi udzieliłaby część z nas? Ewentualnie bez tego wtrętu o kuchni. Już nie wypada formułować takich mizoginistycznych postulatów publicznie. Choć w przestrzeniach zapewniających anonimowość lub/i komfort bycia „wśród swoich”, nadspodziewanie często da się je usłyszeć.

To podziwianie też w zasadzie moglibyśmy sobie odpuścić. Mają podziwiać nas, a nie innych facetów. Pozostańmy więc przy fundamentalnym „piłka nożna to męska gra”. Niech sobie grają w co chcą, byle nie w piłkę. Niech nawet walczą ze sobą w ringu, skoro już świat stanął na głowie i trzeba było jakoś do tego przywyknąć. Obśmiać lub wzruszyć ramionami. Ale piłka nożna to coś znacznie poważniejszego. Godnego tylko mężczyzny. To sama istota naszej męskiej tożsamości. Do czego kobiety bez naszej zgody nie powinny mieć dostępu.

Dobra, wystarczy. Od samego pisania można się poczuć jak Ajatollah Chomeini. I inne najwyższe moralne autorytety.

Dwie duńskie zwyciężczynie turnieju Birte Kjems i Ann Stengard tak wspominają przed kamerą swój występ na mistrzostwach: „Dumne… Byłyśmy dumne. To było nasze największe osiągnięcie (…)  – Gdy wróciłyśmy zjawiło się dużo prasy i fotografów. Byłyśmy w duńskiej telewizji. A potem cisza (…) – Byłam naiwna myśląc, że coś się ruszy z miejsca, w którym się znajdowałyśmy. Że coś powstanie. Ale faceci powiedzieli NIE. Kobiety miały już za dużo tego rozgłosu. Wzięli gumkę i wymazali nas. Musiałyśmy zaczynać od zera. – Może zazdrościli nam sukcesu. Oni tego nie osiągnęli, a my wygrałyśmy Puchar Świata. – Czemu nie chcieli wykorzystać naszego sukcesu jako fundamentu? – Dlaczego? – Nie rozumiem tego. A ty rozumiesz? – Nie. Bo jesteśmy kobietami (śmiech) – Bo jesteśmy kobietami i byłyśmy tak głupie, że nie zrozumiałyśmy, że nie powinnyśmy grać w piłkę.”

A inne? Meksykanki, Francuzki, Włoszki, Argentynki, Brytyjki?

– „Magiczne wydarzenie.”

– „Czujesz się jakby wyrosły ci skrzydła.”

– „Tutaj po raz pierwszy czułam się wolna.”

– „Nie wracałyśmy do tematu przez kolejne pięćdziesiąt lat”.

Więc zapytajmy ponownie. DLACZEGO?

Gdy słucha się słów tych kobiet trzeba mieć lodowate serce lub ciasny umysł (albo jedno i drugie), żeby nie poczuć z nimi solidarności.

I jeszcze jeden cytat.

– „Przez całe dzieciństwo grałam w nogę na ulicy. Uwielbiałam tę grę. Dawała mi mnóstwo radości. Tylko, że jak tata wracał do domu musiałam odkładać piłkę. Jeśli nie przestałam grać, krzyczał albo mnie bił (…)”

Co z nami, mężczyznami, jest nie tak?

Cofnijmy się do początku. Do Anglii końca XIX wieku. Czyli kolebki futbolu. Mimo początkowego entuzjazmu dla nowego zjawiska jakim było uprawianie tego sportu przez kobiety, które zakorzeniało się w społecznej świadomości niemal równie szybko, co gra mężczyzn, wraz z nastaniem nowej epoki, w latach 20-tych XX wieku (czas wydaje się nieprzypadkowy), postanowiono położyć temu kres. A dokładniej angielski związek piłkarski postanowił. I zagroził klubom, które udostępniały kobietom boiska i całą infrastrukturę, wykluczeniem z federacji. Śladem Anglików natychmiast poszły inne związki. W niektórych krajach władze zadały sobie nawet tyle trudu by zmienić prawo. Na przykład we Włoszech Mussoliniego uprawianie piłki nożnej przez kobiety stało się przestępstwem. 

DLACZEGO?

By uczynić je niewidocznymi. Jak mówi przed kamerą Carol Wilson, angielska uczestniczka COPA 71: „Po ukończeniu szkoły kobieta miała wyjść za mąż, ustatkować się, urodzić dzieci i gotować”. Koniec, kropka.

Potem była wojna, mozolne podnoszenie się poszczególnych krajów z ruin, nikt nie miał głowy do takich dyrdymałów jak kobiecy futbol.

Kolejną szansą na przełom była rewolucja obyczajowa lat 60-tych.

Oddajmy głos innej brytyjskiej zawodniczce Trudy McCaffery, która w archiwalnym nagraniu (są one wielkim atutem filmu), jeszcze sprzed mistrzostw, została zapytana o to „czemu taka miła dziewczyna gra w piłkę?”. – „A co w tym złego?” – odpowiada pytaniem dziewczyna. – „To męska gra, prawda?” – dziwi się rozmówca. „Nie. Sport jest dla wszystkich” – wzrusza ramionami McCaffery.

Warto w tym miejscu zwrócić uwagę na pewien z pozoru błahy, a w istocie głęboko zakotwiczony w tematyce problem narracyjny, który musieli wziąć pod uwagę autorzy filmu. I jakoś sobie z nim poradzić. Wypowiedzi uczestniczek mundialu są prezentowane z dwóch perspektyw. Piłkarek sprzed lat i dojrzałych kobiet, które te wydarzenia wspominają. I teraz… Uwaga…. Piłkarki nie mają nazwisk. Tylko imiona. Dlatego Trudy McCaffery jako zawodniczka jest przedstawiana początkowo jako Trudy, a pogromczyni Anglii, Elba Selva, jest po prostu Elbą. Traktowanymi z przymrużeniem oka dziewczętami, którym przyszło do głowy, że mogą grać w piłkę. To jasne, że wiele z bohaterek dokumentu zmieniło nazwiska i dziś noszą inne, a przedstawianie ich naprzemiennie panieńskimi i tymi po mężach (!) spowodowałoby galimatias, ale efekt, który przy okazji osiągnięto, jest uderzający. I świadczy o kunszcie twórców, którzy formalną trudność, potrafili zamienić w kolejną skłaniającą do myślenia kwestię.

– „Grałyśmy w piłkę nie dlatego, że chciałyśmy być jak faceci. Ja grałam w piłkę, bo lubiłam grać w piłkę” – powiedziała w filmie jakby dziwiąc się, że ktoś tego nie rozumie, Dunka, Birte Kjems.

I znów. Z czym tu dyskutować? 

A jednak męskie dyskusje trwają. 

DLACZEGO?

Tuż przed rozegranym na szwajcarskich boiskach kobiecym EURO, w którym po raz pierwszy w tej rangi imprezie wystąpiła reprezentacja Polski, przez media internetowe przetoczyła się lawina komentarzy na temat wysokiej porażki jednej z przygotowujących się do turnieju ekip z jakąś juniorską drużyną chłopców. 

Podniosło się larum. Różni mizogini zacierali ręce. Zwolennicy jednowymiarowo widzianego świata zyskali kolejny argument by stanąć w jego obronie. Pod pretekstem tzw. zdrowego rozsądku. Który w tak wykoślawionym znaczeniu jest po prostu niezdrową fobią.

Działacze FIFA też to mówili. By zatrzeć ślady po COPA 71 i na dwadzieścia lat zahamować rozwój raczkującej dyscypliny.

Komentatorzy pierwszych, prekursorskich kobiecych meczów z lat. 60-tych również. Lekceważącym, protekcjonalnym tonem – „Ubawiłem się”. „To świetny dowcip”. Lub z inteligenckich, mentorskich pozycji – „To pewna osobliwość erotyczno-komiczna”. 

Protekcjonalny stosunek do kobiet prezentuje zresztą większość występujących w filmie mężczyzn. Nawet ci pozornie nastawieni do nich przyjaźnie. Jak konferansjer telewizyjnego show przedstawiający widzom włoską zawodniczkę Elenę Schiavo.

Jak widać zmieniają się czasy i rzeczywistość, tylko komentatorzy nadal tkwią w przeszłości. Umościwszy sobie w niej bezpieczne gniazdko. I pozorną higienę swych myśli stawiając ponad wolnością innych.

Dla wielu kobiecy futbol to wciąż dziwaczna osobliwość. Coś jak dwóch facetów trzymających się za ręce.

Wielu nie potrafi też uchwycić różnicy między warunkami, pod którymi przekraczanie pewnych granic jest przyjmowane z aprobatą, a zwykłym chamstwem podszytym zazwyczaj niechęcią do samego siebie. To ci sami co nie odróżniają „nie” od „nie”. A „nie” ich frustruje.

Więc krytykują i wyśmiewają poziom gry kobiet. Porównując go do poziomu mężczyzn. 

Serio?

Piłki nożnej kobiet i mężczyzn nie można porównywać, bo to dwie różne kategorie. Albo ujmijmy tę kwestię inaczej. To jak z tronem i sedesem. Na obu się siedzi, ale na tym podobieństwa się kończą.

O co więc toczy się gra?

W archiwalnym materiale z końcówki lat 60-tych, myślący w nowatorski – jak na owe czasy – sposób, trener Harry Batt, zwraca się do swoich podopiecznych być może najważniejszymi słowami jakie padają w całym filmie: 

„JUŻ WAM TO MÓWIŁEM. NIE COFAJCIE SIĘ WSZYSTKIE DO OBRONY. MACIE SIĘ TRZYMAĆ POZYCJI. ATAK TO NAJLEPSZA FORMA OBRONY. DO DZIEŁA DZIEWCZYNY”.

W tej zachęcie zawiera się wszystko. Ale każda akcja wywołuje reakcję. Więc może w drugiej szatni, jakiś inny trener, mówił to samo drużynie męskiej:

„JUŻ WAM TO MÓWIŁEM. NIE COFAJCIE SIĘ WSZYSCY DO OBRONY. MACIE SIĘ TRZYMAĆ POZYCJI. ATAK TO NAJLEPSZA FORMA OBRONY. DO DZIEŁA CHŁOPAKI”.

Właśnie o to się więc toczy gra. Dla jednej drużyny o dominację na boisku, dla drugiej o wywalczenie na nim przestrzeni i równych zasad.

W relacjach niemal każdej piłkarki występującej w dokumencie czuć gorycz, ale i dumę z tego jak wiele musiały pokonać barier i przeszkód, jak wiele ponieść wyrzeczeń, aby robić to czego pragną i znaleźć się choć raz w życiu w miejscu, w którym wszyscy to akceptują.

To samo da się wywnioskować ze słów obecnych reprezentantek Polski.

Pewnie to samo kilka czy kilkanaście lat wcześniej mówiły Szwedki, Niemki, Angielki, Hiszpanki, Dunki…

Całkiem niedawno, jeden z tych co „trzymają się pozycji”, były prezes hiszpańskiej federacji piłkarskiej, podczas celebrowania ogromnego sukcesu jakim było zdobycie przez Hiszpanki tytułu mistrzyń globu, pocałował jedną z największych gwiazd drużyny, Jennifer Hermoso, bez jej zgody w usta. Jakby była jego własnością.

I został przez nią oskarżony przed sądem, nie tylko o napaść na tle seksualnym, ale i zmuszanie do wydania oświadczenia, że pocałunek był dobrowolny. Czyli de facto do wycofania zarzutów. Ostatecznie choć sąd pierwszej instancji uznał, że nie jest on winny wywierania na piłkarkę presji, to skazał go za wspomnianą napaść. 

Podsumowując: skoro już musicie grać dziewczyny to grajcie, tym bardziej, że osiągacie sukcesy, a z tego wynikają korzyści dla wszystkich, ale pamiętajcie, że macie się podporządkować, gdy wasz szef (prezes federacji) będzie miał chęć na pocałunek. A jeśli zaprotestujecie i będziecie dochodzić swoich praw przed sądem, możecie zostać ocenione przez piewców „zdrowego rozsądku” jako „oszalałe feministki”, które niszczą człowiekowi karierę. Bo przecież to tylko niewinny pocałunek.

Czy czegoś, lub/i kogoś nam to nie przypomina? 

Najlepszą formą obrony jest atak.

Nawiasem mówiąc, Hiszpanki grają bardzo widowiskową piłkę. 

Przez wiele lat najsilniejsze na świecie w tym sporcie były Amerykanki. Wciąż są potęga, ale reszta świata je goni. I wyprzedza. Zresztą nie ma w tym nic dziwnego. Tak działa konkurencja, dzięki której dyscyplina się rozwija. 

Dlaczego jednak akurat w Stanach jako pierwszych wykształciła się cała kultura kobiecej piłki nożnej? Dlaczego Amerykankom stworzono odpowiednie warunki, a zawodniczkom z innych krajów nie? Czy dlatego, że jakiś głupawy soccer, nie zagrażał tamtejszej zmaskulinizowanej wersji futbolu?

To by się trzymało kupy w kontekście tego, czego się dowiadujemy z wyprodukowanego przez siostry Williams dokumentu. 

Jeśli jednak komuś się wydaje, że to sport dla grzecznych dziewczynek, że nie wywołuje – jak u mężczyzn – skrajnych emocji, tego uwadze należy polecić prawdziwą wojnę, która się rozpętała na boisku w meczu o awans do ścisłego finału COPA 71 między Meksykankami a Włoszkami. Zakończoną rękoczynami i interwencją służb porządkowych rozdzielających zwaśnione strony.

Wojnę stoczoną w imieniu obu krajów. Przy udziale wspierającej gospodynie publiczności. I – jak się wydaje – stronniczego sędziego. Wojnę, której echa, niczym niezaleczona rana, wciąż jeszcze, po pięćdziesięciu latach, pobrzmiewają w wypowiedziach jej uczestniczek.

Cóż, taki bywa kobiecy futbol. To część tego sportu.

Ale ma on też swoją piękniejszą twarz.

Francuska zawodniczka, Nicole Mangas wypowiada w finałowej scenie filmu jedną z najbardziej poetyckich i urzekających fraz jaką na temat tej wspaniałej gry sformułowano. A jednocześnie prostą i uniwersalną: „Moim zdaniem podanie piłki tworzy między ludźmi więź.” Kontrast między głębokim sensem tych słów, których nie powstydziliby się najwybitniejsi myśliciele, a skromnością, wręcz zawstydzeniem z jakim zostały wypowiedziane, jest uderzający. I już choćby tylko dla tej sceny warto COPA 71 obejrzeć.