Gdyby chcieć nakręcić o tym film – odrzuciłby go każdy producent jako zbyt naiwny. Nawet najbardziej nieoczywiści bohaterowie muszą być przecież choć odrobinę wiarygodni. A jednak. W sezonie 2015/2016 wydarzyła się rzecz, która podważyła aksjomaty współczesnego futbolu. Leicester City zostało mistrzem Anglii. Ten sam klub, który jeszcze osiem lat wcześniej grał na trzecim szczeblu, a w sezonie poprzedzającym mistrzostwo ratował się przed spadkiem do ostatniej chwili. Życie znów pokazało, że pisze najlepsze scenariusze.
Trudno jednoznacznie określić tę opowieść. Romantyczna bajka? Na pewno – w końcu Lisy w tamtym sezonie rozkochały w sobie kibiców na całym globie. Rewolucja? Tak. Władza została obalona. Zuchwałość ekipy ze środkowej Anglii skłaniała nawet do przypuszczeń, że oto powstała nowa siła, będąca w stanie stawić czoła mocarzom Premiere Ligue na dłuższym niż pojedynczy sezon dystansie. Ale doganiająca marzenia rzeczywistość i historyczne dogmaty o rewolucji pożerającej własne dzieci znów dały o sobie znać. Większość współautorów tego oszałamiającego sukcesu wkrótce odeszło. A klub zaczął się coraz bardziej osuwać w przeciętność. Aż całkiem przepadł i ponownie zleciał na trzeci poziom rozgrywkowy. Mimo transferowej rozrzutności, na jaką próbował się ścigać z potężniejszymi od siebie. Zasobniejszymi i odporniejszymi na wstrząsy. Zanim jednak to nastąpiło doszło w nieprzyzwoicie ociekającej luksusem najlepszej lidze świata do serii niewytłumaczalnych, metafizycznych zjawisk. Trafnie istotę rzeczy oddaje porównanie do Mistrza i Małgorzaty. Oto piłkarze Leicester, niczym Woland i jego świta – przybysze nie wiadomo skąd – obnażyli chciwość i zepsucie elity finansowanej przez arabskie petrodolary, ruskie ruble i czort wie jakie jeszcze waluty. I gdyby tylko owej świcie nie przyszło do głowy stłuc wszystkich luster w sali balowej, ta historia być może zakończyłaby się inaczej.
Z drugiej strony jeśli by zapytać mieszkańców Leicestershire czy szerzej East Midlands (inne strefy czasowe sobie odpuśćmy jako niereprezantatywne) o to czy mając czarodziejską kulę i oglądając w niej przyszłość oraz to co się stanie z ich klubem, oddaliby tamtą bajkę w zamian za ocalenie miejsca w Premiere Ligue i uniknięcie pogrążania się w chaosie, ciekawe co by odpowiedzieli? Zderzenie z górą lodową po najbardziej ekcytującym balu w dziejach czy stabilny i dostatni środek tabeli rok w rok za cenę wymazania z pamięci owego fajerwerku? Słowem albo-albo. Cóż za diabelska alternatywa. I tak za późno by ją roztrzygać.
Leicester City FC to klub, który większość swego istnienia spędził na drugim szczeblu rozgrywek. Założony w 1884 roku pod nazwą Leicester Fosse, choć osiągał epizodyczne sukcesy tuż po zakończeniu I wojny światowej jak wiele innych klubów na Wyspach zmagał się z trudnościami finansowymi i na jakiś czas musiał zawiesić działalność. Wznowił ją już pod nowym, znanym do dziś szyldem. Co jakiś czas to awansując do elity, to z niej spadając niczym szczególnym się w historii angielskiego futbolu nie zapisał. Trzy zwycięskie edycje Pucharu Ligi, cztery finały krajowego pucharu (wszystkie przegrane), jedno wicemistrzostwo jeszcze przed wojną. Niby znaczący piłkarski ośrodek, ale w kwestii trofeów bez szału jak na ponad stuletnią historię. W swych zaledwie trzech startach w rywalizacji o europejskie puchary Lisy nie wyściubiły nosa poza pierwszą rundę. Ciekawostka: dwukrotnie w odstępie ponad 30-tu lat zlało je Atletico Madryt. Za trzecim razem musiały uznać wyższość Crvenej Zvezdy.
Leicester nie było w gronie założycieli Premier Ligue. Klub spędził w nim sezon 94/95, ale od razu spadł. Potem znów awans, kilka lat w elicie i spadek. Parę lat na zapleczu i awans. Ot los przeciętniaka. W sezonie 2008/09 po raz pierwszy w swej historii muszącego się nawet tułać po boiskach trzeciego poziomu. Z drugiej strony to Anglia. Tam w trzeciej czy czwartej lidze występują zespoły o stupięćdziesiącioletniej tradycji. Na każdym kroku czuć, że obcuje się z czymś wyjątkowym. Nawet jeśli infrastruktura gdzie nie gdzie nie nadążyła i utknęła w przeszłości.
Po ponownym awansie w 2014 roku i obronieniu miejsca w elicie klub u progu sezonu 2015-16 rozglądał się za nowym menadżerem. Oczy sterników skierowały się z braku lepszych pomysłów w stronę – jak się miało okazać – człowieka ulepionego z tej samej gliny co środowisko do którego trafił. Choć obcokrajowca. Jeśli był on w tym związku mężczyzną po przejściach, to Leicester City było kobietą z przeszłością. Metafora może i naciągana, ale skutek – strzał w dziesiątkę.
Wujek Claudio
W owym pamiętnym sezonie stery w klubie objął Claudio Ranieri. Człowiek, który w piłkarskim świecie nie zaznaczył się wcześniej niczym nadzwyczajnym. Chociaż lista prowadzonych przez niego zespołów, także tych o dumnie brzmiących nazwach, była imponująca: Napoli, Fiorentina, Valencia, Atletico, Chelsea, Juventus, Roma, Inter… Właściwie z żadnym z nich na dłuższą metę nie udało mu się sprostać oczekiwaniom. W najlepszym razie sięgał po nieoddające klubowych aspiracji wicemistrzostwa, ewentualnie zdobywał krajowe puchary. Krótko mówiąc jakieś tam osiągnięcia miał, ale nie z kategorii premium. Najlepiej poszło mu chyba podczas pierwszego pobytu w Valencii. Później wszędzie czegoś brakowało.
Zwiastunem nadchodzących lepszych czasów było wyciągnięcie za uszy z drugiej ligi francuskiej AS Monaco i sięgnięcie z nim w kolejnym sezonie po wicemistrzostwo. Lecz znów Ranieri był co najwyżej drugi. Jakby koniecznie chciał dać powody do wyzłośliwiania się na swój temat przez Jose „The Special One” Mourinho, który zarówno w Chelsea jak i w Interze dokonał tego, czego nie potrafił Włoch. Seryjnie zdobywał trofea.
Kiedy i klub z Księstwa uznał, że ten Ranieri to może i dobry trener, ale pechowiec, a z takim nie da się budować przyszłości, rękę do „Wujka Claudio” wyciągnęła grecka federacja i powierzyła mu stery reprezentacji licząc zapewne na powtórkę cudu jaki dokonał z nią na Euro 2004 Otto Rehhagel. Cóż, Grecy uznali widocznie, że selekcjoner jest jak wino. Im starszy tym lepszy. Najlepiej tak stary jak ich cywilizacja.
Na pierwszy rzut oka to miało sens. Posada najważniejszego trenera w kraju to jak wiadomo robota właśnie dla mężczyzn po przejściach. Dla tych, którzy zebrali od życia wystarczjącą ilość ciosów żeby się nie przejmować opinią publiczną i nawoływaniami do zwolnienia po pierwszym niepowodzeniu.
Lecz misja Ranieriego skończyła się prawdziwą katastrofą. Wyleciał z hukiem już po kilku miesiącach i kompromitującej porażce z Wyspami Owczymi. Wydawało się, że to jego koniec.
I wtedy przyszła oferta z Leicester.
Kiedy obejmował ten klub nikt nie dawał mu większych szans na sukces. Wzięto go trochę z braku laku po Nigelu Pearsonie. Na zasadzie a nuż się uda i nie spadniemy. Włocha kojarzono raczej z sympatycznym uśmiechem, siwizną i okularami na nosie niż z taktycznymi nowinkami i parciem na wyniki. Wypisz wymaluj starzejący się, powszechnie lubiany nauczyciel, który nie chce już nikomu robić pod górkę. Stawiając u bukmachera jednego funta można było w przypadku zdobycia przez Lisy tytułu mistrzowskiego zarobić 5 tysięcy. Już wyżej obstawiano szanse Elvisa Presleya na zmartwychwstanie.
A jednak to co nie udawało się włoskiemu obieżyświatowi wcześniej, gdy stawiano mu mniej lub bardziej realistyczne wymagania, którym nie za bardzo był w stanie sprostać, choć wyrobił sobie nazwisko i renomę fachowca otwierającą drzwi do kolejnych miejsc pracy, to właśnie, co dotąd było poza zasięgiem osiągnął z Leicester. Komletnie nieoczekiwanie. W sposób zaskujący może i dla niego samego.
Miał w sobie Ranieri coś rozczulającego. Słuchając ówczesnych wywiadów z nim rzuca się w oczy, czy raczej w uszy nie tylko kulawy angielski, ale przede wszystkim ciepło, którym jako człowiek emanował. Szczerość, serdeczność, otwartość, emocjonalność. Czyli to, czym poza trenerskim warsztatem zjednywał sobie zawodników. A co dziś często bezrefleksyjnie bywa określane jako wysoko porządane w jego fachu „kompetencje miękkie”.
„I say to the players – is not important the result. Is important your attitude.”
“Mówię do piłkarzy – jest nieważny wynik. Jest ważne wasze nastawienie.”
“Emotions are important for me. When I finish my emotion, I finish my career.”
“Emocje są dla mnie ważne. Kiedy skończę moją emocję, skończę karierę.”
Czy Ranieri miał w drużynie najlepszych piłkarzy ligi? Nie. To inne ekipy były naszpikowane gwiazdami. Stworzył za to w tym konkrertnym miejscu i czasie najlepszy zespół. A gwiazdy narodziły się same.
Konsekwentnie budowany przez niego team-spirit pozwolił nienawykłym wcześniej do zwycięstw piłkarzom uwierzyć, że są zdolni do rzeczy, o które sami by siebie nie podejrzewali. I koniec końców zadecydował o sukcesie.
Gdy w pierwszej części pamiętnego sezonu zespół Ranieriego seryjnie tracił gole, Włoch zamiast zacząć mieszać w składzie i posadzić na ławce jednego, czy drugiego obrońcę, złożył swym graczom ofertę: jeśli tym razem uda wam się utrzymać czyste konto, stawiam całej drużynie pizzę.
I jaki był skutek? Lisy zagrały na zero z tyłu.
Piłkarze przyszli więc do trenera. Mieliśmy umowę szefie, czas się wywiązać. Na co Ranieri: mamma mia, chcecie pizzę? Proszę bardzo. Ale zrobicie ją sobie sami. I zabrał wszystkich do lokalu, w którym czekały na nich stanowiska ze składnikami i wszystkim co potrzebne do wyrabiania ciasta, przygotowania sosu, skomponowania dodatków, słowem cała kuchenna infrastruktura stanęła przed nimi otworem, by mogli wykonać ten proces samodzielnie. Mając przy tym świetną zabawę. Później przywołując to zdarzenie wielokrotnie podkreślali, że to właśnie tam, w tej włoskiej restauracji scementowała się ekipa, która sięgnęła po tytuł mistrzowski.

Ekipa do zadań niemożliwych
Leicester to ok. czterystutysięczny ośrodek przemysłowy w centralnej Anglii. Wysokie, nawet jak na brytyjskie standardy, zróżnicowanie mieszkańców pod względem pochodzenia, czyni z jego populacji imigrancką mozaikę.
Zwycięska ekipa idealnie wpisywała się w ten trend i oddawała wielokulturowy charakter miasta. Wspomniany kulawy angielski Ranieriego urasta w tym kontekście do rangi symbolu. W miejscu, w którym niemal każdy „jest skądś”, jedną z największych barier integracyjnych stanowi język. Tam, gdzie każdy mówi jak umie paradoksalnie łatwiej się porozumieć po angielsku z innym cudzoziemcem. Ważne żeby się nawzajem rozumieć. A Wujek Claudio potrafił o to zadbać. Bo nie miał innego wyjścia. Trenował drużynę będącą lustrzanym odbiciem środowiska w jakim funkcjonowała. Oto jej najważniejsze postacie.
Urodzony i wychowany we Francji Algierczyk Riyad Mahrez. Zagrał w kadrze kraju z Północnej Afryki ponad sto meczów. Z kolei N’Golo Kanté, choć jego rodzina pochodzi z Mali zdecydował inaczej i został mistrzem świata z ekipą Trójkolorowych. Bramkarz Kasper Schmeichel, podobnie jak ojciec Peter wieloletni nr 1 Duńczyków, miał po nim polskiego dziadka. Niemiecki obrońca Robert Huth, który całą seniorską karierę spędził w Anglii. Pochodzący z Jamajki Wes Morgan, Austriak Christian Fuchs, Japończyk Shinji Okazaki, czy rzadko występujący na boisku, ale spełniający bardzo ważną rolę poza nim Polak Marcin Wasilewski. Wreszcie Anglicy: Danny Drinkwater, Marc Albrighton i Jamie Vardy.
Zwłaszcza ten ostatni, choć nic na to wcześniej nie wskazywało stał się symbolem tamtego sezonu i klubową legendą.
Urodzony i wychowany w Sheffield, od dziecka wielki fan jednego z dwóch zasłużonych dla angielskiego futbolu klubów z tego miasta – Sheffield Wednesday. Ojciec małego Jamiego opuścił rodzinę, a chłopiec przyjął nazwisko ojczyma, po tym jak matka powtórnie wyszła za mąż. Ileż my znamy takich historii. Dobre piłkarskie geny po człowieku, który odszedł w siną dal i nazwisko od tego, który starał się tę lukę zapełnić. Vardy debiutował w Premier League dopiero w wieku 27 lat. Wcześniej tułał się po niższych ligach łącząc weekendowe mecze z pracą w fabryce. I z imprezowaniem. Nie będziemy tu wymieniać długiej listy jego wyskoków. Poprzestańmy na tym, że mimo niesportowego trybu życia i awanturniczego usposobienia miał także smykałkę do strzelania goli. Dzięki której w lecie 2012 roku wyciągnęło do niego rękę występujące w Championship Leicester. I wkrótce powędrował z nim na szczyt piłkarskich Himalajów. Do najlepszej ligi świata. A co już całkiem wymykające się logice, niemal równo po czterech latach wraz ze swym skromnym dotąd klubem w tej lidze zwyciężył.
Marsz po koronę
Bieniaminek, którego celem na sezon 2015/16 było ponowne uchronienie się przed spadkiem, a już w najbardziej optymistej wersji uniknięcie morderczej walki o byt do ostatniej kolejki, wystartował pod wodzą nowego szkoleniowca więcej niż obiecująco. Od dwóch zwycięstw. 4 do 2 z Sunderlandem i 2-1 z West Hamem. Po nich przyszły remisy z Tottenhamem i Bournemouth. Eksperci przewidywali, że po dobrym starcie drużyna zacznie osuwć się w tabeli a każdy punkt będzie musiała wydzierać przeciwnikom pazurami. I rzeczywiście. W piątej i szóstej serii gier Lisy przykuły uwagę obserwatorów odwracając losy pojedynków od stanu 0-2 dla rywali. Pokonały wówczas 3 do 2 Aston Villę i zremisowały 2-2 ze Stoke. Kubłem zimnej wody była porażka 2 do 5 z Arsenalem w siódmej kolejce. Po niej przyszła jednak seria meczów bez porażki, która spowodowała, że o ekipie Ranierego zaczęto mówić jako potencjalnym czarnym koniu rozgrywek. I spekulować jak długo uda jej się tę pomyślną passę utrzymać. 2-1 z Norwich, 2-2 z Southampton, 1-0 z Crystal Palace, 3-2 z WBA, 2-1 z Watford, 3-0 z Newcastle. Po tym ostatnim zwycięstwie Leicester wskoczyło na pierwsze miejsce w tabeli.
Ów dobry czas skrzętnie wykorzystał Jamie Vardy, który wyrósł na czołowego strzelca rozgrywek. W zwycięskim meczu ze Srokami zaliczył dziesiąty mecz z rzędu ze zdobytą bramką, wyrównując tym samym ustanowiony dekadę wcześniej rekord Ruuda van Nistelrooya. Dawna gwiazda Manchesteru United zapewne z uwagą śledziła przebieg kolejnego spotkania Lisów, w którym – tak się złożyło – ich rywalem był jego dawny zespół. Zresztą nie tylko on. 28 listopada 2015 roku wielu wstrzymało oddech. Pytanie, które zadawali sobie wszyscy fani Premier Ligue brzmiało: Czy rekord van Nistelrooya przetrwa? Cóż… Nie przetrwał. Pokonując w 24 minucie bramkarza The Reds, Davida De Geę Vardy ustanowił nowy. Jedenaście kolejnych meczów ligowych z co najmniej jedną zdobytą bramką. Nawet gdyby po ostatnim gwizdku napastnik wrócił do dawnych nawyków i niczego więcej w futbolu nie osiągnął, tego wieczoru i tak zapisał się w historii. Ale nie wrócił i się nie zatrzymywał. Dalej pruł ze swym zespołem przed siebie.

Po remisie z United Lisy nie zwalniały. 3-0 ze Swansea. 2-1 z broniącą tytułu Chelsea za co posadą zapłacił Jose Mourinho. Ranieri, z którego butny Portugalczyk wcześniej drwił ile wlezie musiał mieć satysfakcję. Choć się z nią nie obnosił.
Tuż przed Bożym Narodzeniem piłkarze Leicester pokonali 3-2 Everton czym sprawili sobie przyjemny prezent pod choinkę. Niestety w Boxing Day przypadający w drugi dzień świąt inny zespół z Liverpoolu, ten grający w czerwonych strojach, przerwał ich dwucyfrową serię meczów bez porażki. Lekka zadyszka złapana na przełomie grudnia i stycznia (po porażce z Liverpoolem przyszły dwa remisy z Manchesterem City i Bournemouth) spowodowała, że po raz pierwszy od 21 listopada drużyna z King Power Stadium przestała przewodzić ligowej tabeli.
Ta sytuacja nie trwała jednak długo i dzięki systematycznemu powiększaniu punktowego dorobku 23 stycznia Lisy z powrotem wskoczyły na prowadzenie, którego nie oddały już do mety. Osiągnięcie tym bardziej efektowne i szokujące, że mistrzostwo zostało wywalczone na trzy kolejki przed końcem. A jeśli wziąć pod uwagę, że od przegranego 1 do 2 meczu z Arsenalem w Londynie, co miało miejsce 27 lutego drużyna ani razu nie schodziła z boiska pokonana notując tym samym kolejną zadziwiającą serię, był to jeden z pewniej odniesionych trumfów w niesłychanie konkurencyjnej Premier Ligue, gdzie walka o tytuł toczy się zazwyczaj do ostatniej chwili.
Część kibiców być może pamięta z jakim zdumieniem piłkarski świat obserwował co też tam się w tej Anglii wyczynia. I przed każdą następną kolejką zadawał sobie pytania: Jak długo to jeszcze potrwa? Kiedy oni wreszcie przegrają? Czy to się stanie teraz? Bo w szczęśliwy finał tej bajki nikt przy zdrowych zmysłach nie wierzył.
Watfod, Newcastle, Crystal Palace, Southamptom i wreszcie Sunderland. Nawet po tych pięciu zwycięstwach z rzędu większość nie dowierzała. 33 ligowe mecze za nimi i wciąż prowadzą? Jak to możliwe?
W 34 kolejce Lisy podzieliły się punktami z West Hamem u siebie.
Czy wypuszczą to z rąk? Czy wytrzymają presję?
W trzydziestej piątej z planszy zmieciocione zostało Swansea. 4-0.
Nie. Chyba już nikt i nic im upragnionego tytułu nie odbierze.
W trzydziestej szóstej się dokonało.

Klub przystępował do niej z 7-punktową przewagą nad drugim Tottenhamem. Do najbardziej sensacyjnego roztrzygnięcia w historii Premier Ligue brakowało już tylko 90 minut. O ile Koguty, nie zdołałyby pokonać w derbach Londynu Chelsea, jeden jedyny punkt dawał Lisom tryumf w całych rozgrywkach.
Trzeba go było tylko podnieść z murawy Old Trafford.
Mecz z United zakończył się remisem 1-1. Pozostało czekać co zrobi Tottenham.
Spotkanie na Stamford Bridge nie układało po myśli Leicester. Choć The Blues mieli optyczną przewagę, to jednak Harry Kane dał Kogutom prowadzenie strzelając do pustej bramki w 35. minucie. Wkrótce potem na dwa do zera podwyższył Son Heung-min. Wydawało się, że świętowanie trzeba będzie przełożyć przynajmniej o tydzień. Jednak Chelsea nie odpuszczało i w drugiej połowie ruszyło do natarcia. W 58. minucie, w zamieszaniu po rzucie rożnym, piłkę do siatki skierował Gary Cahill. A więc gol kontaktowy. Czy nie walczącący już o nic gospodarze będą mieli dość determinacji by pójść po drugiego? To przecież prestiżowe derby. W nich nie odstawia się nogi. Na siedem minut przed końcem Diego Costa wściekle atakowany przez obrońców, wypatrzył Hazarda. Podanie… Belg w dogodnej pozycji. Instynktowny strzał bez przyjęcia… Francuski golkiper Hugo Lloris frunie w swój lewy górny róg. Lecz podkręcona z zegarmistrzowską precyzją piłka jest poza jego zasięgiem. I ląduje w samym okienku. 2-2. Wszystkie wypełnione po brzegi puby w Leicester eksplodują szałem radości. Przewracają się krzesła, piwo wylewa się ze szklanek, ludzie skaczą i krzyczą jak opętani.
Do końca meczu pozostaje osiem minut. Upływają pod znakiem brutalnych, bandyckich wręcz fauli z obu stron. Piłarzom puszczają nerwy. Fani w pubach obgryzają paznokcie. Wreszcie koniec. Lisom nic już nie odbierze mistrzowskiej korony. Euforia i łzy szczęścia. Choć niektórzy wciąż nie mogą uwierzyć. I przecierają oczy ze zdumienia. Czy to sen?
HABEMUS NOVUM CAMPIONEM! DOMINUM LEICESTER!
MAMY NOWEGO MISTRZA! IMIĘ JEGO LEICESTER!
CLAUDITO SANTO SUBITO!

Spotkanie, które roztrzygnęło o tytule zawodnicy Leicester oglądali przed telewizorem w domu Jamiego Vardy’ego. Oni też po końcowym gwizdku szaleli ze szczęścia. Huralnym śpiewom i tańcom radości nie było końca.
Niestety reżyser tego pięknego filmu Claudio Ranieri nie mógł im wówczas towarzyszyć. Pojechał odwiedzić chorą matkę w ojczyźnie.
Później były szpalery, które na cześć zwycięzców utworzyli zawodnicy Evertonu i Chelsea. A więc ich dwaj ostatni rywale w tamtym sezonie. Feta na King Power Stadium i tryumfalna koronacja. Z majestatyczną, królewską celebrą jak nakazuje tradycja.
Cudowny sen się spełnił.
Epilog
Co było później każdy pamięta. Liga Mistrzów i zwolnienie Ranieriego w kolejnym sezonie, gdy wyniki przestały się zgadzać. Oraz szaleńcze szastanie kasą by za wszelką cenę utrzymać się w czołówce. Odejścia jedno po drugim architektów tamtego sukcesu i śmierć w katastrofie helikoptera właściciela klubu, tajskiego biznesmena Vichai Srivaddhanaprabha.
Aż wreszcie skok na główkę o dwa szczeble rozgrywkowe niżej. Rok po roku. Czego wcześniej, przez ponad sto lat swego istenienia Lisy nigdy nie zaznały. Póki nie zaczęło się nowe milenium. Kiedy przydarzyło im się to dwukrotnie. Z piekła do nieba i z powrotem można by rzec.
Czy historia wzlotu i upadku Leicester jest z tej perspektywy wyjątkowa?
Nie. Wyjątkowy był tamten pamiętny sezon. Na resztą spuśmy zasłonę milczenia.
Gdy Lisy pędziły windą w dół minęły się po drodze z innym zasłużonym klubem – Coventry City FC, który po 25-ciu latach powrócił właśnie do elity. Kto wie, może pobyt w czyściu nie zajmie mistrzom z 2016 aż tyle czasu.
Claudio Ranieri w kwietniu 2026 został zwolniony z funkcji doradcy zarządu ukochanej Romy. Podobno nie dogadywał się z trenerem Gasperinim. Media od razu zaczęły przebąkiwać o powierzeniu mu odbudowy pogrążonej w chaosie włoskiej reprezentacji.
Jamie Vardy, który jako ostatni z mistrzowskiej ekipy zdecydował się opuścić klub znalazł zatrudnienie w lidze nazywanej „piłkarskim domem starców” i próbuje zdobywać gole w barwach Cremonese.
N’golo Kante w lutym 2026 przeszedł z Al-Ittihad do Fenerbahce.
Kasper Schmeichel jako zawodnik Celticu doznał poważnej kontuzji, która może przesądzić o zakończeniu przez niego kariery.
Rijad Mahrez zwyciężył ostatnio ze swoim Al-Ahli w Azjatyckiej Lidze Mistrzów.
Marcin Wasilewski od dawna jest na emeryturze.
Nasze teksty to zwykle efekt kilku tygodni pracy – zbierania danych i źródeł, analizowania, sprawdzania faktów i wyciągania wniosków. Wszystko po to, by oddać w Twoje ręce ciekawą i merytoryczną treść. Stawiamy na rzetelność i bierzemy pełną odpowiedzialność za to, co publikujemy.
Nie znajdziesz u nas wyskakujących banerów ani migających reklam. Chcemy, żeby czytanie tekstów na KulturaGry.pl było przyjemnością, bez niepotrzebnych rozpraszaczy.
Jeśli uważasz, że to, co robimy, ma sens i chcesz pomóc nam rozwijać KulturaGry.pl, możesz postawić nam wirtualną kawę na BuyCoffee.com. Jeśli nie możesz lub nie chcesz wesprzeć nas finansowo, możesz zapisać się do naszego newslettera – to dla nas również ogromna motywacja.



