25 maja 2005 roku. Stambuł. Finał Ligi Mistrzów. W jednym z najbardziej porywających i spektakularnych zwieńczeń sezonu w historii tych rozgrywek, Liverpool przegrywający do przerwy z Milanem 0-3, odwraca losy rywalizacji i ostatecznie lepiej egzekwując rzuty karne zdobywa trofeum. W roli głównej występuje polski bramkarz Jerzy Dudek, który wcześniej osiągnął w piłce bardzo wiele, lecz dopiero ten mecz go unieśmiertelnia i przenosi w inną stratosferę, umożliwiając w ostatnich latach kariery podpisanie ekskluzywnego kontraktu z Realem Madryt.
26 maja 2005. Wolfsburg. W tym związanym z koncernem Volkswagena mieście będącym siedzibą występującego w Bundeslidze klubu piłkarskiego o tej samej nazwie, umiera na ALS Krzysztof Nowak, do niedawna jeszcze grający w barwach lokalnych Wilków. Nowak był niezwykle cenionym w Niemczech zawodnikiem, oprócz talentu charakteryzującym się nadzwyczajną pracowitością i determinacją, co skłoniło do zabiegania o niego tamtejszych gigantów – Borussię Dortmund i Bayern Monachium. Piłkarz zdecydowany na wybór oferty z Monachium – gdyż to przez Bawarię jego zdaniem wiodła droga do FC Barcelony, wyśnionego portu docelowego środkowego pomocnika – zapada jednak na nieuleczalną chorobę, która wszystko niweczy.
Obaj byli niemal rówieśnikami. Dudek – rocznik 73. Nowak – 75. Obaj w tym samym czasie wyfrunęli w świat z efemerycznego klubu występującego w ekstraklasie pod nazwą Sokół, powstałego z fuzji GKS-u Tychy z Sokołem Pniewy (przemianowanego w swoim czasie na Sokół – Elektromis, a także Tygodnik Miliarder. Tak, to nie pomyłka, klub nazywał się Tygodnik Miliarder Pniewy). Nowak pochodził jednak ze stolicy. Do Pniew przeniósł się w wieku siedemnastu lat z wówczas jeszcze podwarszawskiego Ursusa. W polskiej lidze zdążył zanotować kilkadziesiąt występów, po czym z początkiem 96-go roku, na zaledwie jedną rundę wyjechał do greckiego Panachaiki Patras. Po powrocie dołączył do Legii. Wydawało się, że zostanie ważnym ogniwem drużyny rozczłonkowanej po występach w Lidze Mistrzów, lecz nadspodziewanie dobrze – jak się miało okazać zważywszy na wąską kadrę – radzącej sobie w Pucharze UEFA (zwycięski dwumecz z Panathinaikosem), oraz w lidze (mistrzostwo stracone w dramatycznej końcówce spotkania z Widzewem). Nowak jednak zagrał w Legii tylko jeden mecz. Czyli i tak o jeden więcej od wielu utalentowanych zawodników z Warszawy, którzy nigdy nie dostąpili tego zaszczytu. To nagłe odejście było konsekwencją nieoczekiwanej propozycji, jaką otrzymał będący u progu kariery piłkarz.
Podczas południowoamerykańskiego tourne reprezentacji młodzieżowej, w którym Polacy zagrali m.in. przeciwko przygotowującym się do Olimpiady Brazylijczykom, Nowak wraz z Mariuszem Piekarskim wpadli w oko jednemu z działających na tamtym rynku menadżerów. I w efekcie dobrych występów obaj zostali wytransferowani do Atletico Paranense Kurytyba. To było wówczas niemałe zaskoczenie. Dwaj młodzi piłkarze znad Wisły rywalizujący z powodzeniem na najwyższym poziomie rozgrywkowym w Brazylii, gdzie grali tacy zawodnicy jak Romario, Cafu, Dida, Dialminha, Savio, Junior Baiano, Juninho Pernambucano… Uff… Już w debiucie obaj wystąpili na słynnej Maracanie przeciwko Flamengo, do którego Piekarski przeniósł się w kolejnym sezonie, Nowak zaś po dwóch latach spędzonych w Kurytybie powrócił ostatecznie do Europy podpisując kontrakt z Wolfsburgiem.

I z miejsca stał się kluczową postacią w drużynie z przydzielonym na koszulce numerem 10. A co to oznacza, jaka jest symbolika tego numeru, jaki ma on ciężar, tym bardziej w lidze z europejskiego topu, chyba nikomu nie trzeba tłumaczyć. To właśnie dziesiątkę zastrzega się najczęściej dla największych, najważniejszych postaci. I – jak się miało okazać – Wolfsburg chciał to dla Nowaka uczynić. Lecz ten poruszając się już na wózku inwalidzkim sprzeciwił się na wieść o tym, że klub sprowadza Stefana Effenberga. Argumentował, że dziesiątka się po prostu Niemcowi należy jako nowemu dyrygentowi Wilków.
Numer na plecach Nowaka – jeśli chodzi o jego rolę i poczynania boiskowe zarówno w Bundeslidze, jak i w reprezentacji, do której bywał powoływany – mógł nieco mylić. Z całą pewnością nie był on jak wiele dziesiątek w tamtych czasach typowym rozgrywającym w starym stylu, który skupiony na rozdzielaniu podań mniej zważa na defensywę i powstrzymywanie przeciwnika. Zakres jego zadań był o wiele szerszy. Dziś określilibyśmy go pewnie jako ósemkę, albo nawet nowocześnie grającą szóstkę. Polak był bowiem szalenie uniwersalny i już wówczas prezentował wachlarz umiejętności pożądany, czy wręcz wymagany w uwspółcześnionej wersji futbolu.
Jeśli za punkt odniesienia przyjąć dwóch emblematycznych dla tego okresu defensywnych w teorii pomocników, w istocie jednak będących pierwszymi rozgrywającymi, z głębi pola napędzającymi akcje swoich drużyn (trzeba jednak wziąć pod uwagę, że zazwyczaj dominujących nad przeciwnikami), a więc Pepa Guardiolę i Fernando Redondo, których style gry były różne jak ogień i woda, to poczynania boiskowe Nowaka nie tyle stanowiły ich syntezę, takie stwierdzenie byłoby nadużyciem, mielibyśmy bowiem wtedy piłkarza idealnego, ile raczej dało się w nim dostrzec pewne cechy charakterystyczne dla nich obydwu. I choć Guardiola bez wątpienia górował nad Polakiem wizją gry, Redondo zaś, co należy uczciwie przyznać, znacznie błyskotliwiej panował nad piłką, to jednak wyczucie przestrzeni, poruszanie się w wyznaczonych strefach, odpowiedni balans między obroną i atakiem, czy wreszcie ogromna wola walki czyniły go zawodnikiem z potencjałem na dużo większy klub od Wolfsburga. Miał zresztą nasz piłkarz cechy, którymi z tej dwójki przynajmniej Guardiolę przewyższał. Choćby łatwość w dochodzeniu do czystych sytuacji strzeleckich i świetne wykończenie. Ta umiejętność nie leżała raczej w kompetencjach zawodnika Barcelony (choć ktoś mógłby się przyczepić, że to kwestia boiskowych zadań, gdyż on raczej „skanował” przestrzeń, a pozostali dwaj ją „pochłaniali”, Polak bywał też z nich wszystkich nominalnie najwyżej ustawiany). Gra Katalończyka była więc o wiele bardziej statyczna. Nowak zaś, podobnie jak fenomenalny Argentyńczyk, bazował na dynamice. I miał żelazne płuca. Pokonywał więc o wiele więcej kilometrów. Będąc przy tym tytanem pracy. Chciałoby się powiedzieć współczesny ideał Jurgena Kloppa.
Krzysztof Nowak w latach 1998-2001 wystąpił w barwach Wolfsburga w 83 spotkaniach Bundesligi zdobywając w nich 10 bramek. Współtworzył tam wówczas polski tercet z Waldemarem Krygerem i Andrzejem Juskowiakiem. W sezonie 1998/99 ten skromny wówczas klub ze środkowych Niemiec wywalczył awans do Pucharu UEFA, a niewiele zabrakło do występu w kwalifikacjach Ligi Mistrzów. Wilki organizacyjne i sportowo pięły się w górę wraz z Nowakiem, który klasyfikowany był w czołówce środkowych pomocników ligi. Ich nazwiska wciąż robią wrażenie: Krasimir Bałakow, Stefan Effenberg, Mario Basler, Andreas Moller, Ciriaco Sforza, Michael BaIlack, Emerson… I kiedy pojawiło się zainteresowanie ze strony Bayernu (polska i niemiecka prasa wspominały też o Borussii i Juventusie), jak grom z jasnego nieba gruchnęła fatalna diagnoza. ALS. Stwardnienie zanikowe boczne. Nieuleczalna choroba neurodegeneracyjna prowadząca do nieuchronnej śmierci.
Początkowo nikt nie zdawał sobie sprawy co tak naprawdę Nowakowi dolega. Ogólne osłabienie i niedyspozycję kładziono na karb dolegliwości po przebytej anginie. Jednak, gdy zaczęły mu drętwieć palce u rąk, a wkrótce nie był już w stanie samodzielnie zawiązać piłkarskich butów, zorientowano się, że sprawa jest o wiele poważniejsza. Przeprowadzono specjalistyczne badania. Diagnoza brzmiała jak wyrok. Koniec z uprawianiem sportu. Teraz gra idzie o życie.
I wtedy władze VfL Wolfsburg zachowały się wspaniale. Zanim jeszcze ów wyrok zapadł, lecz było już właściwie przesądzone, że piłkarz nigdy więcej nie wybiegnie na boisko, klub przedłużył z nim kontrakt. Założył tez fundację mającą gromadzić środki na jego leczenie, która wkrótce zaczęła pomagać innym chorym na ALS. A w kolejnych latach, nawet już po śmierci Nowaka, w dalszym ciągu wspierał na różne sposoby rodzinę. Jego żonę i dwójkę dzieci.
W 2003 roku klub i fundacja zorganizowali mecz charytatywny na który do Wolfsburga przyjechał Bayern Monachium ze swymi największymi gwiazdami w składzie. Spotkanie to, a zwłaszcza jego okoliczności, rozeszły się szerokim echem zarówno w Niemczech jak i w Polsce, rozpropagowując potrzebę wspierania osób dotkniętych tak straszną chorobą.

Na każdym domowym spotkaniu od tamtej pory stadionowy spiker Wolfsburga wyczytując skład gospodarzy kończy swoją kwestie tymi samymi słowami: „I wreszcie dziesiątka naszych serc… Krzysztof…”. A publiczność odpowiada: „Nowaaakkk”.
Były reprezentant Polski, według licznych relacji żony i przyjaciół bardzo dzielnie znosił to co go spotkało. Nie uskarżał się na swój los, a raczej próbował spędzić ostatnie miesiące i lata w możliwie najnormalniejszy sposób. Regularnie oglądał z poziomu murawy mecze swej drużyny, jej treningi, czasem zaglądał do szatni. A gdy któregoś dnia był już tak słaby, że na parkingu nie udało mu się wysiąść z samochodu, umożliwiono wjazd pojazdu na stadion, w miejsce – choć to teoretycznie nie do pomyślenia – przeznaczone dla karetek. By siedzący w nim piłkarz zza szyby mógł oglądać grę Wilków.
Krzysztof Nowak zmarł dzień po pamiętnym stambulskim finale Ligi Mistrzów. Rok później trofeum wywalczył klub jego marzeń FC Barcelona. Mając na uwadze jak zdeterminowanym, pracowitym i utalentowanym był zawodnikiem, kto wie co by się wydarzyło, gdyby tak gwałtownie nie powstrzymała go choroba. Z drugiej strony można przypuszczać, że właśnie „dzięki chorobie” klubem jego marzeń został VFL Wolfsburg. Bo na to by się znaleźć w jego sercu ewidentnie zasłużył. Tak jak piłkarz zasłużył na wyjątkowe miejsce w jego historii.
Kończę pisać ten tekst 03.05.2025 roku. W dzień po zdobyciu przez Legię kolejnego pucharu Polski. Jako jej długoletni kibic zawsze żałowałem, że Nowak, który przecież pochodził stąd, z Warszawy, odszedł z klubu tak nagle i że nie rozegrał wówczas choćby jednego sezonu. Może z nim w składzie nie byłoby bolesnej porażki z Widzewem i związanej z nią traumy. Ale może tak musiało być. Może ta Brazylia, a później Wolfsburg były mu po prostu pisane. Tam znalazł swoje miejsce. Tam chciał zostać pochowany. Za nieco ponad trzy tygodnie minie dwudziesta rocznica jego śmierci.
Kilka lat temu umarł na ALS inny znakomity piłkarz – Fernando Ricksen. Holenderska legenda Glasgow Rangers i kadrowicz Pomarańczowych Tulipanów. W 2016 roku, gdy był już ciężko chory, na mecz Ligi Mistrzów z Legią zaprosił go do Madrytu udzielający się charytatywnie na wielu polach gwiazdor tamtejszego Realu – Cristiano Ronaldo. Niestety, mimo prób terapii oraz złagodzenia skutków choroby, a także pomocy, której – podobnie jak w przypadku Nowaka i Wolfsburga – udzielili mu Rangersi, trzy lata później piłkarz zmarł.
Aktualnie ze skutkami ALS zmaga się legenda Pogoni Szczecin, jej długoletni zawodnik i wyborowy strzelec – Robert Dymkowski.
Poniżej link do zbiórki organizowanej przez Fundację Avalon mającej wspierać jego leczenie.
A także adres Fundacji Krzysztofa Nowaka założonej przez VFL Wolfsburg.