Od miłości do nienawiści jeden krok. Wie o tym każdy fan piłki nożnej. A najlepiej ci, co poczuli się osobiście dotknięci i zdradzeni. Jeśli dotyczy to pojedynczego człowieka, jest to jego indywidualny kłopot i zmartwienie. Kiedy jednak to samo uczucie miota tłumem stłoczonym wokół odizolowanej od świata areny, gdy wraz z pozostałymi piłkarzami wkracza na nią wczorajszy idol, któremu jeszcze przed chwilą poświęcało się dziękczynne pieśni, a dziś zdrajca ów nie jest z nami lecz przeciwko nam, w dodatku przywdziewa barwy nie pierwszego lepszego przeciwnika, lecz odwiecznego wroga, już samo jego wyłonienie się z tunelu prowadzącego na murawę, postawienie na niej niegodnej stopy, staje się iskrą podpalającą wybuch nienawiści tak wielkiej, że złotego cielca trybun przeistacza we wcielenie diabła. Emocji tak skrajnej i intensywnej, że każe znieważać nie tylko samego judasza, ale i matkę, która go zrodziła. Przeklinać całą jego rodzinę. Grozić mu śmiercią i wiecznym potępieniem. A ogień nienawiści płonie tym mocniej, im silniejsze było wcześniej uwielbienie. Im szczersza i prawdziwsza miłość.
Doświadczył tego Luis Figo, gdy w 2000 roku po raz pierwszy wybiegł na murawę Camp Nou w białej koszulce Realu Madryt. Katalońska publiczność zgotowała mu piekło na ziemi. Wrzawa, gwizdy i buczenie już od pierwszych sekund osiągnęły niewyobrażalny poziom decybeli i trwały do samiusieńkiego końca omal nie rozsadzając monumentalnego stadionu za każdym razem, gdy Portugalczyk zbliżał się do piłki. Sto tysięcy ludzi pałających wrogością do niedawnej gwiazdy Blaugrany non stop lżyło go i wyzywało. Rzucano w niego czym popadnie. Butelkami, zapalniczkami, kubkami z napojami, kanapkami. Co kto miał pod ręką. Drukowane domowym sumptem banknoty z podobizną „zdrajcy” frunęły z trybun jak konfetti. Gdy podchodził do narożnika, aby wykonać korner, oddział policjantów wyposażonych jak do tłumienia zamieszek szczelnym kordonem separował go od dyszącej publiki rozgrywając równolegle swój własny mecz zgodnie z nakreśloną wcześniej taktyką.
Cała miejska policja na długo przed pierwszym gwizdkiem przedsięwzięła specjalne środki ostrożności, aby uchronić jednego jedynego człowieka przed linczem z rąk Cules czekających na trasie przejazdu madryckiego autokaru i już tam na ulicach, obraźliwymi gestami i okrzykami pokazujących co o nim myślą, choć zapewne wielu mundurowych także się do nich zaliczało i miało zbliżone odczucia.
„Figo sprzedałby własną matkę”, „Kłamca”, „Sprzedawczyk”, „Judasz”, „Figo – zdrajco, witaj w piekle” – oto treść niektórych z transparentów. Chóralne skandowanie: „Figo zdychaj”, „Ten Portugalczyk jest skurwysynem”. I tak dalej. I tym podobne. Epitety pod adresem matki, żony i Bóg wie kogo jeszcze. Wciąż i wciąż. Bez przerwy. We wspomnieniach uczestniczących w tym meczu piłkarzy atmosfera była nie do zniesienia. Pragnęli jedynie, żeby jak najszybciej się zakończył. Ostatecznie Barcelona zwyciężyła 2-0, a Figo sobie nie pograł. Ale kogo dziś obchodzi wynik? Pamięta się tylko to, co działo się wokół. Niewyobrażalne napięcie i erupcję wściekłości zranionych kibiców.
Jak do tego doszło? Co się stało, że ulubieniec katalońskiej publiczności z dnia na dzień stał się jej największym wrogiem? Najzacieklej zwalczanym człowiekiem na ziemi. Czy sam fakt, że przywdział koszulkę Realu mógł być wystarczającym powodem? Przecież już wcześniej czynili tak inni zawodnicy, choćby Michael Laudrup czy Bernd Schuster, a więc nie piłkarze drugiego szeregu, lecz gwiazdy światowego formatu. Ruch trwał zresztą w obie strony. Madryt porzucił dla Barcelony np. Luis Enrique. A jednak sytuacja Figo była kompletnie inna. Inne były okoliczności. Inne imponderabilia. Gdyż tamci dwaj z różnych, mniej lub bardziej akceptowalnych powodów przeszli do Realu, a Portugalczyk przeszedł na stronę Realu. I zdaniem Cules zdradził.
Kulisy tego transferu i atmosferę wokół niego odsłania świetny dokument Netflixa – „Transfer Luisa Figo. Dzień, który zmienił futbol”. Nawet jeśli zawarte w tytule sformułowanie jest hiperbolą, gdyż futbol nie zmienił się z dnia na dzień, w istocie było to jedno z tych kluczowych wydarzeń, które przesuwają granice i w dłuższej perspektywie zmieniają reguły gry. Na wszystkich możliwych płaszczyznach.

Luis Figo był bez wątpienia znakomitym piłkarzem. Gwiazdą pierwszej wielkości. Gwiazdą – cóż za zaskoczenie – próżną. Domagającą się szacunku, pieniędzy i uznania adekwatnych do swej pozycji. Lecz także pionkiem w rozgrywce figur jeszcze większych od siebie.
Tak się złożyło, że w roku 2000, a więc roku oczekiwanych metafizycznych zjawisk, nie mieszczących się w głowie przeciętnemu śmiertelnikowi, dwa największe hiszpańskie kluby przeprowadzały wybory swych prezydentów. Oba formalnie należące do Socios, czyli zarejestrowanych sympatyków opłacających składki. To oni dokonują elekcji i to o ich głosy i poparcie należy zabiegać. Niektórzy z Socios stają się nimi już w chwili narodzin, za sprawą uświęconej tradycją decyzji ojca by związek ów uprawomocnić. Przeznaczeniem, którego i on sam przed laty doświadczył za sprawą własnego ojca. A Socios – o czym chyba nikogo nie trzeba przekonywać – noszą klub głęboko w sercu. I pragną wyłącznie jego dobra. Kampania wyborcza trwała więc w najlepsze.
O fotel głównodowodzącego FC Barcelony ubiegał się jej długoletni wiceprezes Joan Gaspart pragnący wyjść z cienia legendarnego Josepa Lluisa Nuneza i zastąpić go na najważniejszym stanowisku w klubie.
Sternikiem Królewskich był zaś Lorenzo Sanz, za kadencji którego Real po ponad trzydziestoletniej przerwie odzyskał europejską chwałę, dwukrotnie (w 1998 i 2000 roku) sięgając po najważniejsze trofeum na kontynencie, co czyniło go murowanym faworytem w walce o reelekcję. A jednak ku ogólnemu zaskoczeniu okazało się, że ma on groźnego konkurenta. Nieobecny do tej pory w profesjonalnym futbolu (choć rzecz jasna od dziecka będący Socio) przedsiębiorca budowlany Florentino Perez, początkowo nie traktowany w wyścigu zbyt poważnie, był na tyle wytrawnym graczem, biegle posługującym się zakulisowymi i niekonwencjonalnymi metodami, że szybko uzyskał posłuch obiecując uczynienie Realu jeszcze większym i potężniejszym niż kiedykolwiek. Innymi słowy uczynienie go galaktycznym.
A jak to osiągnąć? Ściągając do Madrytu galaktycznych zawodników. Najznakomitszych, najgłośniejszych, najefektowniejszych. I na ich nazwiskach zbudować finansowe imperium. Dokonując tego, o czym inni baliby się nawet pomyśleć.
Gdy Perez dowiedział się, że Luis Figo – niekwestionowany idol kibiców Barcelony nie czuje się w klubie wystarczająco „szanowany” i „doceniany” niezwłocznie przystąpił do działania. I skontaktował się z jego agentem Jose Veigą. Ze względów prawnych i proceduralnych, a także dla zachowania wszystkiego jak najdłużej w tajemnicy musiał postępować dyskretnie i rozważnie. Potrzebował zaufanego pośrednika. Znalazł go w osobie innego świetnego portugalskiego piłkarza, który nie tak dawno zakończył karierę. Były gwiazdor FC Porto i Atletico Madryt – Paulo Futre czuł, że pod względem finansowym nie wycisnął z niej tyle ile mógłby, gdyby biegał po boiskach choć kilka lat później. I łatwo dał się uwieść wizjonerskiej idei Pereza, aby przekonać najpierw Veigę, a później – bagatela – samego Figo do przenosin do Madrytu. Dzięki czemu wszyscy trzej Portugalczycy zarobią gigantyczne pieniądze. Sam Perez zaś otrzyma upragniony stołek.
Łatwiej jednak powiedzieć niż zrobić. Po pierwsze Figo miał ważny kontrakt. A klauzula jego wykupu wynosiła niebotyczne 60 milionów euro (w przeliczeniu, gdyż waluta ta zaledwie pojawiła się w obrocie). Nikt nigdy nie zapłacił za piłkarza choćby zbliżonej kwoty. Po drugie on sam nic o planach kandydata na prezesa Realu nie wiedział. Po trzecie był emocjonalnie związany z Barceloną. Identyfikował się z nią. Osiągał w niej sukcesy, kibice go kochali, miał tam przyjaciół. I nawet jeśli chciał więcej zarabiać, to pragnął zarabiać w Barcelonie, a nie w Madrycie. I tak prędzej czy później doczekałby się kolejnej podwyżki swego gwiazdorskiego kontraktu. Zbyt wiele dla klubu znaczył. I wiedział o tym. On i jego agent. Nawet jeśli tymczasowo mu jej odmówiono. Po czwarte deklarował się jako zwolennik katalońskiej odrębności i (przynajmniej takie padały sugestie) antimadritista. A nikomu nie trzeba tłumaczyć co to oznacza. Dla Katalonii, dla stolicy, dla kibiców. To nie był casus Laudrupa. Znakomitego, aczkolwiek chłodnego i na swój sposób wyobcowanego duńskiego najemnika. Tu chodziło o Figo.
To się nie mogło udać. Zbyt wiele barier. Zbyt wiele przeszkód do pokonania. Lecz nie dla Pereza.
Sezon 99/2000 wieńczyły Mistrzostwa Europy na których Portugalia odpadła w półfinale. Nie bez kontrowersji. W dogrywce zakończonej zwycięskim golem Francuzów na boisku doszło do rękoczynów. Po turnieju Figo wybrał się z rodziną na zasłużony urlop na Sardynię. W tym czasie uruchomiona przez madryckiego wizjonera machina nabierała rozpędu. Urobiony przez Futre Veiga podpisał z Perezem tajne porozumienie, z którego wynikało, że ten szaleniec, nie mający szans na prezesurę chce im wszystkim rozdać miliony euro w zamian za mglistą deklarację, że jeśli (słowo „jeśli” jest tu kluczowe) wygra wybory i wpłaci klauzulę odstępnego wynoszącą wspomniane 60 milionów, to Figo zgodzi się zagrać w jego drużynie otrzymując czterokrotnie wyższą gażę niż do tej pory miał w Barcelonie. A Veiga i Futre skasują gigantyczną prowizję. Czyli kasa za darmo, bo to wszystko nie miało prawa się ziścić. Aż żal tę okazję przepuścić – myślał zapewne Veiga zdając swemu klientowi relację z rozmów jeszcze podczas Euro, gdy ten szykował się do kolejnego meczu. Nie jest jasne czy Figo udzielił mu pełnomocnictwa do podpisania kwitu. Wiadomo tylko, że go podpisał.
Perez był jednak zbyt wytrawnym graczem by się nie zabezpieczyć. Wprowadził do porozumienia klauzulę mówiącą, że gdyby strona piłkarza (mimo spełnienia przez niego warunków, które podkreślmy raz jeszcze wydawały się księżycowe) nie wywiązała się z obietnicy, zapłaci wówczas kandydatowi na prezydenta Realu karę umowną wielokrotnie przewyższającą kwotę, do której zobowiązał się Perez. Czy to wizja zarobienia wielkich pieniędzy „za nic” tak zaślepiła Veigę, że zbagatelizował kluczowy zapis? I czy zataił go przed swym klientem? Bo w to, że go przeoczył nie sposób uwierzyć. To by znaczyło, że jest niebywale wręcz lekkomyślny i nieprofesjonalny. A może taka klauzula w ogóle nie istniała? Lub nie istniało pisemne porozumienie.
To istniało czy nie? Komu wierzyć? Panie i panowie, poznajcie Jose Veigę, najpotężniejszego wówczas – jak sam się przedstawiał – agenta piłkarskiego na świecie.

Zachęcony bajeczną propozycją Pereza, Veiga ponownie udał się do barcelońskich włodarzy by renegocjować kontrakt swego klienta. Nie wymieniając z imienia i nazwiska oferenta (w czasie obowiązywania kontraktu, a raczej w ściśle wyznaczonym nim okresie, formalnie nie mógł rozmawiać z innym klubem, lecz przecież Perez nie pełnił w Realu żadnej funkcji), poinformował Katalończyków, że otrzymał dla Figo ofertę nie do odrzucenia. I jak się wydaje właśnie po to podjął rozmowy z madrytczykiem, w którego zwycięstwo w wyborach nikt trzeźwo myślący nie wierzył. Aby upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. To znaczy skasować dolę za podpisane porozumienie i podbijając bębenek postawić Barcelonę pod ścianą. By ta nie mając wyjścia hojniej sięgnęła do kieszeni. Takie były zapewne pierwotne intencje całego portugalskiego klanu. Może z wyjątkiem Futre, który w przypadku transferu zarobiłby podwójnie. Sam Figo zaś – jak później przyznał – był oszołomiony finansowym rozmachem złożonej mu oferty. I polecił agentowi by kontynuował rozmowy z obiema stronami.
W tym momencie warto przypomnieć pewien epizod z czasów, gdy Figo był jeszcze wschodzącą gwiazdą lizbońskiego Sportingu, której potencjał przykuł uwagę tuzów z Półwyspu Apenińskiego. Młody Portugalczyk tak bardzo chciał się przenieść do Włoch, mających wówczas najmocniejszą ligę świata, że podpisał kontrakt z…. dwoma klubami. Juventusem i Parmą. Skandal, który wybuchł spowodował w konsekwencji, że Figo nie tylko nie mógł występować w barwach ani jednego, ani drugiego, ale w ogóle w żadnych rozgrywkach pod auspicjami włoskiej federacji. Został tam na kilka lat zawieszony (dopiero na koniec kariery przywdział koszulkę Interu). I to właśnie „sprawa włoska” otworzyła Barcelonie u schyłku ery Johana Cruyffa drogę do zatrudnienia młodego piłkarza.
Ot meandry piłkarskiego biznesu. Kontrakty, transfery, prowizje, sumy odstępnego. Świat blichtru i wielkich pieniędzy. A także niejasności, nieprzejrzystości, mętnych interesów.
Zrekapitulujmy fakty skupiając się na horyzoncie czasowym. Trwają Mistrzostwa Europy. Veiga jedzie do ośrodka Portugalczyków, gdzie wyłuszcza swemu klientowi konkluzje z utrzymywanego w tajemnicy spotkania z Perezem. Figo odmawia osobistego parafowania czegokolwiek, jednakże daje zielone światło do dalszych rozmów. Agent podpisuje porozumienie z kandydatem na prezydenta Realu próbując jednocześnie po raz kolejny uzyskać lepsze warunki kontraktu piłkarza w Barcelonie. W obu klubach trwa kampania wyborcza. Pojawiają się pierwsze przecieki do prasy.
Gdy dotychczasowy wiceprezes, a wkrótce nowy szef Dumy Katalonii Joan Gaspart wysłuchał co ma mu do powiedzenia Veiga, odmówił renegocjowania umowy piłkarza. Był skupiony na kandydowaniu. Uważał, że Figo chce wciąż grać w jego drużynie (co było zresztą zgodne z prawdą) i że agent go szantażuje. Nie wierzył, że jakikolwiek klub byłby w stanie zapłacić klauzulę odstępnego. A jeśli nawet to proszę bardzo. Nikt nie ma prawa traktować tak FC Barcelony. Nawet agent Luisa Figo.
Tymczasem Figo w rozmowie z dziennikarzami: „Wciąż odbijam się od ściany. Władze klubu nie chcą mnie słuchać. Liczyłem na więcej szacunku i uznania”.
Po odpadnięciu z mistrzostw zawodnik jedzie na urlop. Kampania wyborcza wkracza w decydującą fazę. Dziennikarze podchwytują trop. W dniu ślubu córki Lorenzo Sanza, którego reelekcja miała być jedynie formalnością, wybucha prawdziwa bomba. Kontrkandydat – Florentino Perez obiecuje kibicom Luisa Figo, jeśli ci go wybiorą. Atmosferę dodatkowo podgrzewa plotka jakoby przyrzekł, że opłaci im karnety na kolejny sezon, gdyby sprowadzenie Portugalczyka się nie powiodło.
Sanz nie dowierza. Publicznie dezawuuje wiarygodność rywala: „Niemożliwe. To jak próba wykupienia Raula z Realu. To się nie wydarzy”. Do przebywających na wakacjach piłkarzy obu drużyn docierają plotki, które nie mieszczą się w głowie. Tematem żyje cały kraj. Media podgrzewają go do czerwoności. Perez z miną pokerzysty idzie jeszcze dalej: „Za mojej prezesury w Realu będą grali najlepsi zawodnicy na świecie”. Veiga publicznie potwierdza toczące się rozmowy. Gaspart wypowiada się w tym samym duchu co Sanz. Twierdzi, że nawet gdyby istniało porozumienie między agentem piłkarza a Perezem, byłoby ono bezprawne. Figo, którego dziennikarze dopadają podczas urlopu wszystkiemu zaprzecza. I odsyła ich do Veigi. Największe tytuły prasowe Marca, Sport, Mundo Deportivo podają sprzeczne wiadomości. Te co sympatyzują z Królewskimi piszą, że coś jest na rzeczy, te wspierające Blaugranę to dementują. Następnie te pierwsze dementują to co zdementowały tamte. I tak w kółko.
Na kilka dni przed wyborami Perez publicznie oświadcza, że przyprowadzi do klubu Luisa Figo, jeśli zostanie w nim szefem. A gdyby transfer nie doszedł do skutku, z własnej kieszeni opłaci wszystkim Socios składki członkowskie. Szach i mat.
Choć Sanz podejmuje jeszcze ostatnią próbę kontrataku i zohydzenia kibicom Portugalczyka jako zaciekłego antimadritisty. Bezskutecznie. Florentino Perez zwycięża w wyborach na prezydenta Realu Madryt.
Piłkarz przebywa w tym czasie na Sardynii. Waha się i co chwila zmienia zdanie. W głośnym wywiadzie dla katalońskiego Sportu, którego dziennikarze specjalnie dla niego pojechali na wyspę, wyraził przekonanie, że niezależnie od tego czyim zwycięstwem zakończą się wybory w Madrycie, on i tak zostanie w Barcelonie. Podczas rozmowy zakłada klubową koszulkę. Jak się wydaje podobne informacje przekazuje kolegom z drużyny.
Tymczasem Veiga i Futre są w kropce. Jeśli piłkarz odmówi przenosin, podniesiona zostanie kwestia kary umownej. Mówi się nieoficjalnie o kwocie rzędu trzydziestu milionów euro. Choć zarówno Perez jak i Veiga jeszcze po wielu latach będą się na ten temat wypowiadać wymijająco, jakby kompletnie tę sprawę bagatelizując. Dlaczego jednak w kluczowym momencie, gdy wszystko wskazuje, że piłkarz podjął decyzję o pozostaniu w dotychczasowym klubie, dwaj Portugalczycy lecą na Sardynię by przekonać go do przenosin? Co nimi kierowało? Bo chyba nie miłość do Realu.
W hotelu, w którym piłkarz przebywa z rodziną odbywają się pełne napięcia rozmowy. Nic nie przemawia za tym by miały przynieść efekt. W końcu pada propozycja spotkania z Perezem w Lizbonie. Lecą tam wszyscy trzej.
Świeżo upieczony prezes królewskiego klubu – jak twierdzi po latach we wspomnianym dokumencie – roztoczył tam przed nim wizję projektu galacticos, którego portugalski gwiazdor miał być pierwszym ogniwem. Fundamentem najwspanialszej drużyny w dziejach, o co on sam zadba osobiście sprowadzając mu wybitnych partnerów. Według słów Pereza właśnie to go przekonało. Zgodził się.
Lecz nawet dziś, mimo, że upłynęło od tamtych wydarzeń tak wiele czasu, a wersje uczestników się różnią, można wyczuć, że żaden z nich nie mówi całej prawdy. Wszyscy coś ukrywają. Pojawiają się w przestrzeni publicznej opinie, że od tamtego spotkania w Lizbonie, Perez w istocie Portugalczykiem gardzi.
A na pewno zaczęło nim gardzić wielu ludzi w Barcelonie. Gaspart, który jak jego odpowiednik w Madrycie właśnie wygrał wybory na szefa Dumy Katalonii, choć minęło wiele lat, nadal zdaje się uważać Portugalczyka za zdrajcę. W jego wypowiedziach czuć gorycz i rozczarowanie. Trudno się dziwić, gdyż wydarzenia te położyły się cieniem na jego nieudanej, przedwcześnie zakończonej kadencji. Przebija z nich również ambiwalencja. Raz sugeruje, że do ostatnich chwil mógł powstrzymać transfer dając Figo pieniądze na wykupienie się od porozumienia zawartego pomiędzy Perezem a Veigą, o co podobno zawodnik go błagał. Oznaczałoby to jednak, że fani Realu za pieniądze z Barcelony będą oglądać mecze swej drużyny za darmo. Innym razem twierdzi, że było już za późno i nic nie dało się zrobić, a nawet gdyby to honor Katalończyka na to nie pozwalał. Nie po tym jak Figo potraktował klub.
Trudno się połapać w gąszczu niedomówień, półprawd i nieścisłości w ustach ludzi biorących udział w tej najbardziej nieoczekiwanej i szokującej roszadzie jaka kiedykolwiek miała miejsce w futbolowym świecie. Tak niebywałej, że chyba tylko przejście Messiego do Madrytu byłoby czymś większym. Każdy przedstawia te wydarzenia inaczej. Veiga, Perez, Futre i Gaspart. Oraz sam Figo. Nie ma dwóch identycznie brzmiących wersji. Wszyscy mówią co innego broniąc swych motywacji.
Faktem jest, że w sierpniu 2000 roku Luis Figo dołączył do ekipy odwiecznego rywala Katalończyków. Na prezentacji wyglądał jak zbity pies.

Po opisywanym na wstępie przywitaniu przez publiczność Camp Nou – jak sam twierdzi – coś się w nim zmieniło. Wrogość jaka go spotkała, groźby pod adresem jego samego i jego rodziny zrewidowały jego punkt widzenia i ugruntowały pogląd o słuszności podjętej decyzji. Bez wątpienia sprzyjały temu również sukcesy, które w kolejnych latach odnosił z Realem. Gdyż Perez dotrzymał słowa. Projekt galacticos ruszył pełną parą. Wkrótce pojawili się u boku Figo tacy herosi jak Zidane, Beckham czy Ronaldo. Rozmach prezesa Królewskich szokował. Choć z czasem wszyscy się przyzwyczaili, a świat piłki dostosował się do nowych zasad.
Gdy w 2002 roku Figo ponownie przyjechał na stadion Barcelony by rozegrać swój kolejny mecz w barwach Los Blancos przywitała go taka sama nienawiść jak poprzednio. KATALONIA NIE WYBACZA ZDRAJCOM – przypominały transparenty. Z trybun znów poleciał w jego kierunku grad przedmiotów zamienionych w pociski. Wśród nich szklane butelki i ucięty świński łeb. Lepiej się nie zastanawiać co miał symbolizować. To by wykraczało poza ramy najzacieklejszej nawet rywalizacji sportowej. Wzburzony Gaspart opuścił trybuny własnego stadionu. Mecz został na kilkanaście minut przerwany. Policyjne tarcze chroniły zbiegających do szatni madryckich zawodników przed wściekłością tłumu. A zwłaszcza jednego zawodnika, który tak bardzo skupił na sobie i zogniskował emocje Katalończyków.
Skąd aż taka nienawiść? Każdy, kto był w Barcelonie, wie, że bez obaw można tam chodzić po ulicach w koszulce odwiecznego przeciwnika. Real ma nawet na Rambli swój sklep klubowy. Choć może wówczas krajobraz był inny. Trzeba by zapytać mieszkańców. W każdym razie wydaje się, że przynajmniej od czasu, gdy klub wypowiedział wojnę szowinistom z Boixos Nois i usunął ich z trybun, nie ma w mieście przyzwolenia dla postaw prezentowanych przez radykałów. Mimo skomplikowanych relacji z centralą w Madrycie.
Zatem przyczyną była zapewne zawiedziona miłość. Tkwiące jak głęboka zadra w sercu poczucie odrzucenia. Powiedzieć, że Figo zniszczył uczucia, którymi darzyli go Katalończycy to nic nie powiedzieć. On je pogruchotał. Czy jednak to dawało im prawo do takiej reakcji? Gra w piłkę to zawód jak każdy inny. Idziesz tam, gdzie ci lepiej płacą. Widok zawodników całujących herb na koszulce przestał kogokolwiek wzruszać. Kariery spędzone w jednym klubie się już praktycznie nie zdarzają. Jak niegdyś Totti w Romie, czy Puyol w Barcelonie. Transfery stały się solą dyscypliny. A kibice wpadli w błędne koło, bo choć nie mają się z kim identyfikować, to nieustannie żądają by przychodzili nowi zawodnicy. Jeśli nie umiesz wychowywać, kupuj. Najlepiej tanio (chyba, że jesteś na szczycie łańcucha pokarmowego, wtedy wydajesz krocie). A po sezonie, góra dwóch, sprzedawaj. Żeby zarobić jak najwięcej. I tak to się kręci.
Ten proces nie zaczął się od transferu Figo, lecz znacznie wcześniej. Był to jednak punkt kulminacyjny, od którego zmiany przyśpieszyły. A przynajmniej jeden z punktów. Bez przenosin Portugalczyka do Realu, piłka nożna nie byłaby taką, jaką ją znamy dzisiaj.
Łatwo wymienić inne przykłady szokujących i wywołujących oburzenie zmian barw między zwaśnionymi stronami. Choćby przejście Andreasa Mullera z Borussi Dortmund do Schalke w tym samym 2000 roku. Czy transfer Gonzalo Higuaina z Napoli do Juventusu szesnaście lat później. Gdy Argentyńczyk zmieniał Neapol na Turyn, a kibice z miasta pod Wezuwiuszem podcierali sobie wiadomo co papierem toaletowym z jego podobizną, w Polsce głośno było o przenosinach Kaspra Hamalainena z Lecha do Legii. Sfrustrowani poznańscy fani chcąc zapobiec dalszemu plądrowaniu klubowych zasobów przez rywala (do Warszawy odeszli też aspirujący do gry w pierwszym składzie Bereszyński i Bielik, a jak ujawnił po latach ówczesny sternik Wojskowych – Bogusław Leśnodorski, bliski przenosin był też Linetty), zagrozili, że kolejny chętny będzie miał kłopoty. I to poważne. W przypadku Hamalainena oprócz słownych pogróżek ucierpiał tylko jego samochód. Lecz co byłoby dalej? Efekt? Odejścia do Legii ustały.
To wszystko jednak blednie przy histerii, którą wywołał transfer Figo. Dziś trudno sobie wyobrazić, by przenosiny jakiegokolwiek zawodnika do innego klubu wywołały podobny oddźwięk. Musiałby bowiem najpierw stać się tego klubu symbolem. A więc latami pracować na swoją pozycję. To zaś – jak już ustaliliśmy – ma coraz mniejszą szansę się wydarzyć.