Kto w tym związku nosi spodnie? – Czyli „Biały Anioł” i kobieta, która odebrała go krajowi. O tym jak Bernd Schuster i jego żona Gaby stali się w Niemczech wrogami publicznymi.

Foto: Sven Simon/Imago Sport / Forum

Jasnowłosy Niemiec, którego nie sposób było pomylić z nikim innym na boisku to jeden z bardzo wąskiego grona zawodników zakładających podczas kariery koszulki wszystkich trzech największych hiszpańskich klubów: Barcelony, Realu i Atletico. W każdym z nich był gwiazdą. Gdy po zawieszeniu butów na kołku dziennikarze zapytali go jakie to uczucie występować u boku Maradony w Blaugranie, odparł: Zapytajcie jego. To on grał obok mnie. 

Oto cały Schuster. Okrzyknięty na hiszpańskiej ziemi „Białym Aniołem” nietuzinkowy piłkarz i człowiek, który mimo trudnego charakteru podbił serca miejscowych kibiców. Niestety tam, gdzie się wychował już tak dobrze to nie wyglądało, a jego postać budziła nieustanne kontrowersje. Jeszcze większe zaś budziła jego żona. Choć początki piłkarsko-obyczajowej sagi były oszałamiające.

Debiutował jako nastolatek w FC Koeln. Szybko powołany do reprezentacji stał się jednym z jej liderów, przyczyniając się do tryumfu ekipy RFN w EURO 80. Po tym turnieju przeniósł się do Barcelony, a w prestiżowym plebiscycie France Footboll na najlepszego piłkarza Europy zajął drugie miejsce. W 1981 roku doznał ciężkiej kontuzji wskutek brutalnego faulu Andoniego Goikoatxei, żywej legendy Athletiku Bilbao. Utalentowanemu graczowi przepadł w jej wyniku rozgrywany na hiszpańskich boiskach mundial, Goikoatxea zaś w identyczny sposób co Niemca potraktował wkrótce Maradonę, który po mistrzostwach dołączył do ekipy z Katalonii. Argentyński gwiazdor po bandyckim ataku Baska wypadł z gry na wiele tygodni.

Schusterowi przez całą karierę towarzyszyły konflikty i skandale. Zaczęło się jeszcze w Kolonii, gdzie zanim pokłócił się z trenerem i postanowił odejść, poznał o prawie 7 lat starszą od siebie fotomodelkę, która tak mu zawróciła w głowie, że niemal natychmiast się pobrali. Znana z rozkładówek magazynów dla panów Gaby Schuster z miejsca stała się dla najważniejszych postaci niemieckiej piłki solą w oku. Nie tylko z powodów natury obyczajowej, ale przede wszystkim ze względu na fakt, że zostawszy menadżerką męża zasłynęła z uporu i stawiania na swoim przy negocjowaniu kontraktów oraz wszystkich spraw związanych z jego karierą. Co wielu się nie podobało. Do opinii publicznej wielokrotnie przedostawały się sygnały o jej bezkompromisowości. Zaczęto nawet uważać, że u Schusterów to ona nosi spodnie. Można powiedzieć, że w zmaskulinizowanym świecie futbolu była pod tym względem prekursorką. 

Mimo spowodowanej kontuzją absencji w Espana 82 wydawało się, że kariera blondwłosego pomocnika w reprezentacji wkrótce tylko przyśpieszy. Nikt nie miał wątpliwości, że z nim w składzie Niemcy mieliby znacznie większe szanse na pokonanie Włochów w finale i sięgnięcie po tytuł mistrzowski. Tylko, że już wówczas Schuster nie dogadywał się nie tylko z selekcjonerem Juppem Derwallem, ale i z kilkoma liderami kadry, w tym Rummenigem i Breitnerem. Choć ten ostatni akurat kończył trwające ponad dekadę występy w reprezentacji.

Zaczęło się jeszcze podczas wspomnianego Euro, w którym drużyna zdobyła złoto. Wówczas to nadzieja niemieckiej piłki, zaledwie 20-letni pomocnik zażądał by jego świeżo poślubiona małżonka jako jedyna z partnerek kadrowiczów mogła zameldować się z nim w rzymskim hotelu, gdzie stacjonowała ekipa. A po zwycięskim finale to z nią wolał spędzać czas zamiast świętować sukces z kolegami. Postawa piłkarza wywołała niezadowolenie zarówno wśród członków zespołu jak i decydentów z DFB. Choć mało kto brał pod uwagę, że jego wybranka spodziewała się wówczas dziecka. Konflikty państwa Schuster z niemiecką federacją miały się odtąd stać czymś powszednim. 

Jesienią 1983 roku zawodnik samowolnie opuścił zgrupowanie przed meczem z Albanią w ramach eliminacji do kolejnego turnieju kontynentalnego. I udał się do żony mającej akurat rodzić po raz drugi. To spowodowało ogólnokrajową dyskusję, czy jest on w ogóle godzien zakładania reprezentacyjnej koszulki. 

A skoro tak to bez łaski – uznał gracz znów błyszczący po kontuzji. Przepychanki trwały jeszcze przez trzy miesiące, aż w końcu doszło do bezpowrotnego rozstania. Po raz ostatni wybiegł w narodowych barwach na boisko w lutym 1984 roku w towarzyskim spotkaniu przeciwko Belgii. Tej samej Belgii, od której wszystko się zaczęło. Gdy pokonał ją w finale jedynego międzynarodowego turnieju w jakim wystąpił z czarnym orłem na piersi.

Sam Schuster tak po latach przedstawiał okoliczności tamtych wydarzeń w wywiadzie dla El Mudo (cytaty za RealMadryt.pl): „Kiedy patrzę wstecz, jedyne czego żałuję w swojej karierze, to tego, że opuściłem drużynę narodową. Ale to już dziś, wiedząc to, co wiem. Wiedząc, że ominęły mnie Mistrzostwa Świata w latach 1982, 1986 i 1990, powinienem tam być, w tych trzech finałach, które Niemcy rozgrywali z rzędu. To było moje pokolenie i moje miejsce. Ale zrezygnowałem z tego, ponieważ byłem uparty i moja osobowość wzięła górę (…) Pierwszą rzeczą, którą należy wyjaśnić, jest to, że wtedy było inaczej i kluby mogły zabronić ci wyjazdów na mecze towarzyskie z reprezentacją, były do tego zobowiązane tylko w oficjalnych spotkaniach. W 1981 roku, gdy byłem już w Barcelonie, nastąpiła przerwa z dwoma meczami: towarzyskim z Brazylią i oficjalnym z Norwegią. To była Brazylia Zico i Sócratesa, nigdy nie grałem przeciwko nim i nie chciałem tego przegapić. Klub powiedział mi, że mogę pojechać tylko na drugi mecz, ponieważ sparing z Brazylią był 24 godziny przed pierwszym spotkaniem Pucharu Króla przeciwko Rayo. Ale wiedziałem, że będę grał przeciwko Brazylii, więc pojechałem bez pozwolenia. Zrobiłem wielkie zamieszanie i na siłę udało mi się zagrać 45 minut. Barça zmusiła mnie do powrotu następnego dnia na Rayo. Byłem zachwycony, w tym wieku mogłem grać codziennie. Poleciałem do Madrytu, wygraliśmy, a ja wracałem do Niemiec na mecz z Norwegią. A co zrobiła Niemiecka Federacja Piłkarska? Powiedzieli mi, że nie muszę wracać (…) Nadstawiłem karku przez mecz Barcelony, a na dodatek oni się zirytowali, ponieważ poleciałem do Hiszpanii, aby wypełnić swoje zobowiązanie. To mnie naprawdę wkurzyło. W tamtym czasie jedynymi, którzy grali poza granicami Niemiec, byliśmy Stielike i ja, a oni wiedzieli, że zawsze mieliśmy problemy z wyjazdem. A my i tak pojechaliśmy. Postawiłem dla nich głowę na szali, a oni tak mi za to podziękowali. Wtedy po raz pierwszy zdecydowałem się opuścić drużynę narodową (…) Ominęły mnie Mistrzostwa Świata w Hiszpanii, ale potem rozmawialiśmy, pogodziliśmy się i wróciłem na eliminacje do EURO 1984, ale w ostatniej kolejce La Ligi, przeciwko Realowi Sociedad, złamałem palec u nogi i ominął mnie turniej. W półfinale wyeliminowali nas Hiszpanie, przez bramkę Macedy, a federacja zaprosiła mnie do obejrzenia tego meczu na stadionie. Byłem na trybunach z Franzem Beckenbauerem i kiedy to się skończyło, zapytałem go, dlaczego nie przejął drużyny narodowej, że to on jest odpowiednią osobą, a on odpowiedział: Nie, nie, nie lubię tej pracy. Tydzień później został selekcjonerem.”

Ani słowa o Gaby. Cóż, w jakimś sensie to zrozumiałe.

Drużyna RFN bez Schustera wypadła w Euro 84 fatalnie. Nawet nie wyszła z grupy, co spowodowało prawdziwe trzęsienie ziemi. Jupp Derwall stracił stanowisko a nowym selekcjonerem został Franz Beckenbauer. Spekulowano czy w związku z tym słynny Cesarz się nie ugnie i nie uda się do Barcelony niczym do Canossy by w imieniu federacji błagać „Białego Anioła” o wybaczenie i powrót do rozbitej po francuskiej klęsce reprezentacji.

I tutaj ta daaam… Niech wybrzmią fanfary. Na scenę wchodzi… A któżby inny? Gaby Schuster. Niezbyt pasująca do obowiązującego kanonu kobieta, której tabloidy nie dawały spokoju miała zażądać za zmianę decyzji od DFB… Miliona marek. I związek był ponoć gotowy na ten układ przystać. Aby tylko Beckenbauer mógł powołać piłkarza na mundial w Meksyku. Jak twierdzą niektóre źródła zebrano nawet w tym celu od sponsorów 300 tysięcy marek. Gdy sprawa wyszła na jaw wybuchł kolejny skandal. Niektóre źródła twierdzą, że skonfliktowany z poprzednim selekcjonerem Schuster (Derwall miał rzekomo nazwać go głupkiem, skoro nie chce grać w reprezentacji) kurtuazyjnie spotkał się z jego następcą, a żona i menadżerka zawodnika jedynie wyraziła pogląd, że milion marek pomógłby w przełamaniu lodów. Jak jednak było naprawdę dziś już nie sposób dociec. Podobnie jak to się ma ze wszystkimi tego rodzaju sprawami, które z czasem urastają do miana legendy i powstają na temat ich okoliczności różne wersje.

Tak czy inaczej piłkarz do Meksyku nie pojechał. Choć jeszcze po Italia 90, gdy stery w kadrze przejął Berti Vogts wspominało się, że mogłoby to być nowe otwarcie na linii zawodnik-reprezentacja. Że czas leczy rany i że warto tak znakomitego gracza powołać. Ostatecznie nic z tego nie wyszło. 

Gaby Schuster, która z przytupem weszła do świata futbolu z początku lekceważona i traktowana ze złośliwą pobłażliwością, szybko zasłużyła w oczach wydawałoby się znacznie silniejszych od siebie, rządzących tym światem mężczyzn na szacunek. Może i podszyty niechęcią, ale jednak szacunek. Mimowolne uznanie dla swych kompetencji i tego w jaki sposób potrafiła pokierować karierą męża. A zwłaszcza jej aspektem finansowym. 

Jak u progu lat 80-tych donosiła prasa, ówczesny prezydent FC Koeln Peter Weiand w trakcie negocjacji nowego kontraktu piłkarza wygłosił pod adresem jego żony niestosowną uwagę. W związku z czym rozmowy zostały przerwane a małżonkowie wkrótce przenieśli się do Hiszpanii, gdzie pani Schuster wynegocjowała w imieniu męża lukratywny kontrakt z Barceloną. Konflikt z trenerem kolończyków Karlem-Heinzem Hedergottem mógł być w tej sytuacji jedynie pretekstem. Tym bardziej, że szkoleniowiec opuścił klub dosłownie w przededniu odejścia zawodnika. Zapewne poszło więc o to jak w Kolonii traktowano Gaby. Za całokształt.

W 1988 roku w wywiadzie dla El Pais gracz stwierdził, że jego menadżerka i towarzyszka życia lepiej zna się na sprawach finansowych, do których jemu po prostu brakuje talentu. Ma za to talent do piłki, dzięki czemu oboje na tym korzystają. W innych wypowiedziach dla prasy wielokrotnie dawał wyraz frustracji związanej z fatalną reputacją żony. Jego zdaniem całkowicie niezasłużoną i niesprawiedliwą. 

Choć kariera reprezentacyjna Schustera – zapewne ze szkodą dla obu stron – skończyła się jeszcze zanim zdążyła się na dobre rozpędzić, to jednak w klubach osiągnął bardzo wiele. I był przez całe lata 80-te, oraz w początkach kolejnej dekady zawodnikiem ze ścisłego światowego topu. Wprawdzie w europejskich rozgrywkach klubowych sięgnął jedynie po Puchar Zdobywców Pucharów, nie uczestnicząc zresztą w pełnej edycji ze względu na wspomnianą kontuzję po faulu Goikoatxei, w samej jednak Hiszpanii, mającej wówczas podobnie jak dziś drugie pod względem siły rozgrywki na kontynencie (współczesną rolę Premier Ligue pełniła liga włoska), za to o wiele bardziej niż obecnie konkurencyjne wewnętrznie, trzykrotnie cieszył się tytułem mistrzowskim. Najpierw zdobywając tytuł z Barceloną, a następnie dokładając dwa kolejne w koszulce Realu. Sześciokrotnie sięgał też po Copa del Rey. Trzy razy z Barcą, raz z Realem i dwukrotnie dokonując tej sztuki w barwach Atletico.

Ale zdobywane trofea to tylko część prawdy o Schusterze i pozycji jaką wywalczył sobie na hiszpańskich boiskach. Wspomniany na początku bon mot podsumowujący jego wspólne występy z Maradoną nie odbiegał wiele od rzeczywistości. Bo Niemiec był po prostu świetny. I rozumieli to niemal wszyscy trenerzy, z którymi pracował. Jakiemukolwiek stylowi by nie hołdowali. Poczynając od twórcy „catenaccio” Helenio Herrery, przez „filozofa futbolu” Menottiego, a następnie Veneblesa, Beenhakkera, Toshacka, Ivića aż po Luisa Aragonesa, który być może z nich wszystkich cenił „Białego Anioła” najwyżej. W czasach, gdy obaj byli już niesłychanie doświadczeni i spotkali się w Atletico. Choć i to nie jest pewne, bo trenujący Barcelonę Herrera wypowiedział się kiedyś na temat swego gracza w ten sposób: „Nie jestem homoseksualistą, ale go kocham”. Jeśli kogoś z dzisiejszej perspektywy taka wypowiedź dziwi, trudno. To była inna epoka.

Kiedy trzynastoletnia hiszpańska przygoda dobiegła końca a Niemiec wrócił na stare lata do kraju by podpisać kontrakt z Bayerem Leverkusen, znów przypomniała o swym istnieniu Gaby Schuster. Przykurzyły się już wprawdzie wspomnienia rozgrzewającej niegdyś tabloidy obyczajowej sagi, zwłaszcza te o popełnionym przez młodego piłkarskiego księcia „mezaliansie” i zerwaniu przez niego stosunków z chłodno nastawionymi do jego nowej partnerki rodzicami. Wiele przez ten czas zdążyło się zmienić. W tym właśnie obyczajowość. 

Jednak, kiedy legendarny szef ekipy „Aptekarzy” Reiner Calmud zasiadł do rozmów z agentką zawodnika, dwuznaczności pojawiły się ponownie. 

Z jednej strony były więc przecieki do prasy, która naigrywała się z rzekomych żądań kobiety, aby dom jej rodziny był otoczony stałą ochroną (ponoć w obawie przed porwaniem dla okupu, co było o tyle uzasadnione, że takie próby podejmowano w Hiszpanii), z drugiej zaś autentyczny podziw Calmuda dla jej zdolności biznesowych i negocjacyjnych. 

Niemiecki trener Udo Lattek, z którym Schusterowie spotkali się w Barcelonie powiedział o niej po latach: „Mało jest tak mądrych partnerek piłkarzy jak Gaby Schuster. Ona nigdy nie stawiała się w centrum uwagi. Ani nie domagała się blichtru. Umiała za to zadbać o interes rodziny i nie cofała się w tym względzie ani o krok.”

Zaś Angela Hessler, żona Thomasa, niemieckiego mistrza świata z 1990 roku, która również reprezentowała interesy ekonomiczne męża, i dla której Gaby Schuster była w jakimś sensie wzorem do naśladowania mówiła o niej tak: „Ona była niesamowicie zniesławiana. Uznano ją winną tego, że Bernd zrezygnował z gry w reprezentacji. Tylko jak my, kobiety miałybyśmy wpływać na naszych mężów w sprawach sportowych? Jej poprzednie życie całkowicie podeptano. Nikt nie byłby zainteresowany przeszłością Gaby gdyby była mężczyzną. Inni ludzie w tym biznesie mają swoje trupy w szafie i jakoś nikogo to nie obchodzi.”

Gaby Schuster negocjowała lukratywne kontrakty męża z Josepem Lluisem Nunezem, Ramonem Mendozą i bodaj najbardziej legendarnym z nich wszystkich Jesusem Gilem. Prezydentami Barcelony, Realu i Atletico. Co nam to mówi o tej zadziwiającej osobie?

Wkrótce po Gaby Schuster i Angeli Hessler na piłkarskiej scenie w Niemczech pojawiła się Martina Effenberg i inne świetnie radzące sobie w interesach kobiety. Jak już powiedzieliśmy rzeczywistość wokół nieustannie się zmienia.

Epilog: 

Po zakończeniu kariery zawodniczej Bernd Schuster zajął się trenerką. I choć w teorii dotarł w tym fachu na sam szczyt, gdyż powierzono mu stery w samym Realu Madryt, to był to jednak epizod i w gruncie rzeczy większych sukcesów nie osiągnął. Od kilku lat już w zawodzie nie pracuje.

Żyje w Hiszpanii, która stała się jego pierwszym domem. 

Gaby Schuster została w Niemczech. 

W 2011 roku małżeństwo rozpadło się po ponad 30-tu latach.

Były piłkarz związał się z młodszą od siebie o 18 lat partnerką. Z tego związku urodziło mu się kolejne dziecko.